Menu

Medykoemigrant

Los- jak drzewko bonsai..kształtowane ręką Boga. Wszystkie opisywane wydarzenia są fikcyjne , a ewentualna zbieżność z rzeczywistością jest czysto przypadkowa.

A w sercu maj.

jod11

Niemiecki majowy weekend nie jest tak długi jak ten polski, ale jak z takimi weekendami  bywa wszystkie mijają szybko. Zwłaszcza tutaj , gdy widoki za oknem zachęcają do wypadów w plener.  W piątek i sobotę poprowadziłem kurs ultrasonografii dla lekarzy z Niemiec , Austrii i Szwajcarii, To były ich pierwsze kroki w ultrasonografii.  Tak jak kiedyś mnie uczyła pewna przesympatyczna dr w Krakowie.  Po raz kolejny w mym życiu czułem tę radość , wdzięczność i szacunek jaki do niej mam. Tak jak ona kiedyś prowadziłem, ich ręce manewrując głowicą ultrasonografu, identyfikowaliśmy struktury anatomiczne..i  miałem niesamowitą satysfakcję. Jakby los  zaczął spłacać  jakiś dług za lata upokorzeń Polsce , gdy tzw. Koledzy po fachu chowali głowice w szafie ,  pisali donosy, albo wieszli ulotki na drzewach przed moim gabinetem.

W niedzielę razem z Benedekiem pojechaliśmy na lodowiec  , na narty. Wmieszaliśmy się w tłum zwabiony bezchmurnym niebem i ostatnią szansą szusowania przed letargiem wyciągów na  letnie miesiące. I są takie chwile , że jak w Kabarecie Starszych Panów człowiek sobie uświadamia , że choć w sercu maj to czas robi swoje. Na szczęście nie dotyczy to kondycji i sprawności narciarskich.  Spotkałem grupę Polaków ze Śląska. Gadu , gadu i nagle jeden , patrząc na Benedeka wypalił

- a co? Synek nie mówi po polsku.

Julek i Benedek

jod11

Benedek dołączył do nas miesiąc  temu. Ale w  tutejszym szpitalu pracuje już dwa lata. Robił staże na urazówce i anestezjologii. Przesympatyczny pracowity blondas o flegmatycznym spokoju , nieskazitelnej uczciwości. Drugim asystentem został Julek. Etat ma w szpitalu urazowym , w którym miałem kiedyś  przyjemność operować aortę. Przyszedł do nas na półroczny staż. Pasują do siebie z Benedekiem idealnie , jak bracia. Mając ich dwóch jestem spokojny o oddziałowe zlecenia , badania , opatrunki.  Zgadzam się w 100 procentach z szefem , który z założenia nie przyjmuje doktorów bliskowschodniego pochodzenia o rozciapowatej wymowie . Gdy przypomnę sobie tych z Niedersachsen ,bezczelnych , bezdusznych olewajców, to Benedek z Julkiem są balsamicznie kojący. Może to błąd z mojej strony , ale  traktuję ich po przyjacielsku.  Bez „ panowowania”, razem chodzimy na obiady , omawiamy pacjentów . Ja uczę ich , oni czasem mnie. Laura , która zostawiła nasz oddział i przeszła na urazówkę ,też czasem wpada do ich dyżurki i wtedy robi się całkiem wesoło.

Z wariatem nie wygrasz.

jod11

Prologiem nadchodzącego , śnieżnego niżu było gwałtowne zaostrzenie stanów emocjonalnych . Spokój świątecznego dyżuru  zakończył się o drugiej w nocy.  W oddziale psychiatrycznym, znajdującego się kilka km dalej szpitala, jakiś młody człowiek po raz kolejny podjął próbę  samobójczą. Swobodny lot z 5 ego piętra nie był na tyle skuteczny by go od razu zabić. Telefon o drugiej w  nocy . Powracająca z zaświatów świadomość potrzebuje kilku minut by się zlokalizować w  czasie i przestrzeni.  Nie do końca pewny czy to co usłyszał w słuchawce to był koszmarny sen czy jawa. przemywam szybko twarz wodą i pędzę do szpitala klnąc pod nosem

-Ja Pier…ę, to już  nie mogłeś cholera się skutecznie załatwić? Co za ludzie, w dupie mam tę robotę. Jakie pieniądze są warte takiej szarpaniny? Niemal cała ludzkość śpi a ty człowieku zapierdalaj , bo jakiś popieprzony wariat postanowił o tak parszywej godzinie ze sobą skończyć.

W szpitalu  wokół nieprzytomnego gościa uwijał się już sztab ludzi. Pogruchotana miednica , pęknięta wątroba , złamana podstawa czaszki..i uszkodzona aorta piersiowa. Pozakładane dreny do niemal wszystkich możliwych jam . Ciało pokryte bliznami po wcześniejszych , amatorskich próbach  unicestwienia swego bytu.

Zająłem się pękniętą  aortą , urazowcy miednicą a gdzieś w Monachium zbierał się zespół neurochirurgów.  Operacja nie trwała długo. Kilka minut po rozprężeniu stentgraftu w aorcie  ,  stanęło serce, a krótka akcja reanimacyjna była z założenia nieskuteczna.

Z nieukrywaną ulgą rozchodziliśmy się w ciszy , mając nadzieję na jeszcze odrobinę snu.

Wszyscy myśleliśmy to samo

-Chciałeś ,to masz

Rodzina denata  nie rozpaczała. Prokurator odstąpił od dochodzenia, obdukcja miała charakter rutynowy. Upiekło się psychiatrom. Ponoć ktoś gdzieś nie zamknął jakiś drzwi , taki niefortunny zbieg okoliczności. Trudno kogokolwiek oskarżać ….syzyfowa robota.

Niż objął swoim zasięgiem całą Europę środkową i wschodnią. Jakaś sfrustrowana czytelniczka tego bloga zaatakowała mnie mailowo. Doczytała się autopsyjnych historii i oskarżyła o zdradę tajemnicy lekarskiej.  Stwierdziłem , że lepiej będzie na jakiś czas  ograniczyć dostęp, niż odpisywać na idiotyczne oskarżenia . Z wariatem nie wygrasz. Desipere est iurist gentium.

-

Spokojne Święta

jod11

W czwartek milionerska rodzina zaprosiła mnie na kolację. Mam wrażenie ,że darzymy się wzajemną sympatią. Rezonujemy. Godzinami możemy gadać o polityce, sztuce , muzyce. Oni wprowadzają mnie w świat tutejszych elit, ja opowiadam im o Polsce i uświadamiam zdrowotnie. Plotkowaliśmy o Lewandowskim. Nie mieli pojęcia , że zostanie ojcem , że jego Ania jest mistrzynią karate. Oni zaś obiecali poznać mnie ze swoim przyjacielem. Ma tu niedaleko posiadłość, naczelny lekarz Bayern Monachium. Gdyby porównywać do krakowskich realiów , to dzielnica , w której mieszkam to taka Wola Justowska. Gdy z okien szpitalnych pokazuję wysoko w górze dom , w którym mieszkam wszyscy rozdziawiają gęby i zastanawiają się skąd mam na to kasę. A wystarczy czasem być tylko miłym i zrobić dobre wrażenia. Miałem szczęście. Potrzebowali nie tylko lokatora ale też kogoś kto zajmie się ogrodem i będzie miał baczenie na całość posiadłości. Na drugi dzień wyjechali do swojej winnicy pod Mannheim. A na winie to oni się znają. Piją go degustacyjnie , dyskretnie siorbiąc. Staram się ich naśladować ukrywając swoje dyletanctwo w tym temacie. Nie to żebym nie umiał smakowo rozróżnić sikacza od szlachetnego trunku, ale te wszystkie nazwy Chateaubriand i inne kompletnie mi nic nie mówią. I zostałem zupełnie sam Po śmierci sąsiada z mieszkania na dole rodzina uprowadziła schorowaną , pokrzywioną jak paragraf staruszkę. A mieszkanie czeka na ewentualnych nowych lokatorów. Namawiam Bencze , żeby się przeniósł.  I tak sobie spędzam samotnie te Święta . Czytam , przycinam moje bonsaie , w nocy po raz pierwszy w życiu poszedłem na rezurekcję, odwiedzam pacjentów w szpitalu, dzwonię po rodzinie , bliższych i dalszych znajomych. Czatuję , fecebookuję i …cholera jakoś nie tęsknię.

Ludzki wymiar

jod11

W Niedzielę Palmową wybrałem się do kościoła. Proboszczem w tutejszej parafii jest Czech, profesor…fizyki. Były naukowiec  Instytutu Max- Plancka w Monachium.  Niemiecki Kościół już dawno zrozumiał , że strasząc piekłem i siejąc na ludzi grzmotami nie zjedna sobie wiernych. Że nie strachem a rozumem, nie gniewem a uśmiechem  i wyjściem do zwykłych ludzi może zdobyć wiernych i przetrwać w coraz bardziej  zislamizowanych Niemczech. Kościół wypełnił się tutejszymi bauerami odzianymi w tradycyjne wełniane, bladozielone  marynarki o charakterystycznym , niepowtarzalnym kroju. Kobiety w rozdekoltowanych  biało czerwonych sukienkach przyozdobionych bukietami polnych kwiatów, z uwieszonymi na szyjach sercokształtnymi  medalionami. Zaraz po rozpoczęciu mszy otworzyły się cicho drzwi  i do kościoła weszła grupa czterech młodzieńców o bliskowschodnim wyglądzie.  Ubrani w T-shirty i baseballowe kurtki  od razu kontrastowali się od reszty . Pierwsze co pomyślałem to słowo bomba. Usiedli tuż za mną, w ostatniej ławce i…zatopili się w modlitwie. Na znak pokoju podaliśmy sobie ręce. Gdy  wszyscy zaczęli ustawiać się do komuni dwóch z nich wstało i zaczęli gorączkowo dyskutować w niezrozumiałym języku.  Jakby zastanawiali się na głos  iść czy nie iść, mogą czy nie mogą. Nie poszli.

Mszę zakończyło odśpiewanie i gitarowe odegranie przez  księdza Helleluja i......omówienie wyników sobotniego meczu Bayernu.

Jakiś ludzki wymiar ma to wszystko. Atmosfera  tolerancji i pozbawionego lęku spokoju. Inaczej niż w mojej rodzinnej polskiej parafii…gdzie proboszcz publicznie pokajał się za chciwość. I trudno powiedzieć czy zrobił to szczerze , czy tylko dlatego , że ludzie na złość jego samowładnym decyzjom przestali dawać.

Spartan Race

jod11

Ostatnie plamy śniegu znikają na zboczach . Pożera je zieleń łąk obsianych krokusami. Ale wysoko, skaliste zbocza są wciąż białe. I gdzieś tam można super szusować na nartach. Jak co roku dopadł mnie wiosenny zew natury. Niepohamowana potrzeba ponadnormatywnego wysiłku, wypalenia starej zimowej adrenaliny i zrobienia miejsca dla nowej, serotoninowo wiosennej. Dodatkowo stymulowały mnie informacje z kraju. I te polityczne i te osobiste . Prognoza pogody była wymarzona. Bezsenną noc nie było sensu przedłużać. O czwartej , w ciemnościach wyruszyłem rowerem w kierunku Monachium. Ponad sto kilometrów. Nie doceniłem nocnej temperatury i zanim dotarłem do podnóża góry na ,której mieszkam byłem przemarznięty. Nie na tyle by ponownie wspinać się trzy kilometry po dodatkową odzież. Pucowaty , alpejski księżyc odbijał się w górskich strumieniach tak jakby ktoś go posiekał i zamienił w stado ruchliwych, błyszczących motyli. Gdy wzeszło słońce strzeliste szczyty Alp były już ledwo widoczne za moimi plecami. Gęsta mgła otuliła łąki , a dachy pasterskich szałasów wyglądały niczym wywrócone do góry dnem łodzie. Dopiero koło 9 ej zrobiło się cieplej. Dojechałem do Monachium .Przejechałem całe miasto by dostać się do Olimpiapark. Umówiłem się tam z Laurą i jej przyjacielem Filipem. To Laura namówiła mnie byśmy wystartowali w Spartan Race. Filip pilnował mojego roweru i naszych klamotów , a ja i Laura ruszyliśmy na trasę 13 km toru przeszkód. Super impreza. Jakże inaczej znosi się wysiłek , gdy wokół są przyjazne twarze. Staraliśmy się z Laurą trzymać blisko. Ona weteranka biegów maratońskich . Ja w takiej masowej imprezie wystartowałem po raz pierwszy . Współpraca idealna. Ona mobilizowała mnie do biegowego tempa , ja pomagałem jej dostać się na drewniane płoty. Biedna ze swoim niewielkim wzrostem nawet podskakując nie sięgała do ich krawędzi. Jako strażak ochotnik świetnie sobie dawała radę wspinając się po drabinach na wysokość trzeciego piętra. A potem przez strumień niosłem ją na barana. A potem był most linowy , i wspinaczka , i znowu jakieś płoty. A co parę km DJ i kto chciał, kogo nie ponosiły ambicje by uzyskać najlepszy czas mógł się zatrzymać i potańczyć albo powyginać w rytm muzyki. Po prostu totalna frajda. Nieważne jakie mieliśmy czasy. Ważne , że cieszyliśmy się jak dzieci, że dostaliśmy pamiątkowe solidne stalowe medale z wyrytą maską spartańskiego wojownika , i że zostały nam wspomnienia i chęć na więcej wspólnych biegów. Biedny Filip zazdrośnie patrzył na naszą radość. Inżynier technologii kosmicznych. W pewnym momencie gdy odbierałem od niego rower szepnąłem mu uspokajająco do ucha

-masz świetną dziewczynę. Nie strać jej.

Laura i Filip pojechali gdzieś do znajomych , a ja ruszyłem spowrotem. Sił starczyło mi jeszcze na jakieś 50 km. Dojechałem do Starnberg, wyłożyłem się na brzegu jeziora i po wypiciu jednego Radlera zasnąłem. Do mojej alpejskiej wioski wróciłem wieczorem , pociągiem. Miałem jeszcze na tyle siły by wypedałować na szczyt mojej góry. i to nie jest jeszcze szczyt ….mojej formy-mam nadzieję.

A do Medyka Helweckiego-a zesz dzwon.

Polidaktyl.

jod11

Przez ostatnie dni nudziłem się , że aż miło. Staram się nie doszukiwać przyczyny tego , że w oddziałowym kalendarzu do planowej operacji rozpisany jestem już po świętach. Z jednej strony takie długie odstawki operacyjne nie są dla chirurga komfortowe, z drugiej taka przerwa w stresie jest kojąca . Choć spokój to może być pozorny. Przede mną  dyżurowe święta . Od Karfreitag aż do poświątecznego wtorku muszę mieć oddział na oku. A zaczęło się zwożenie wraków, nikomu niepotrzebnych starców zalegających w okolicznych pflegeheimach. Jednego nie zapomnę chyba do końca życia. Tak zaniedbanych stóp nie spotkałem nigdy. Nie chodzi o owrzodziałe rany, których widziałem tysiące , ale o zwykłe higieniczne niechlujstwo. Stopy pokryte 5 mm warstwą czarnego czegoś co konsystencją przypominało starą , wyschniętą makową masę. Grube pazury wyrastające z dużych palców miały długość około 10 cm. Wymodelowały się w dawno nieściąganym obuwiu tak , że kształtem przypominały łuki triumfalne. Lobowały nad 2im i 3cim palcem , by wbić się w w przedostatnie palce stóp. Zrosły się z kością paliczkową prowadząc do jej rozczłonkowania co skutkowało nabytą formą polidaktylii. Jako przerywnik w nudzie zabawiłem się w fusspflegera i doprowadziłem mu te stopy do „wmiaręporządku"

Być naj....

jod11

Codziennie wstając o 6 ej patrzę na pejzaż majestatycznych szczytów. Jakby czas stanął w miejscu . Przez tę chwilę wszystko staje się nieważne i dalekie. Rodzinne problemy , pacjenci z obumierającymi kończynami,  małe i wielkie ambicje. Skaliste wierzchołki-pomalowane na czerwono pędzlem wschodzącego słońca  widziane jak przez szybę bez skazy. Wszystko minie , a one będą tam zawsze .

Przestałem kłócić się z losem. Po prostu robię swoje nie zważając na okoliczności. Pracuję z poczuciem wolności i akceptacji. Akceptacji  zdemenciałych starców, zestresowanego szefa , wszystkich powodzeń i niepowodzeń operacyjnej codzienności. Już pół roku . Okres próbny minął.  I wygląda na to , że zależy im na moim pozostaniu

-Jod, kupiłbyś tu jakiś dom albo chociaż mieszkanie- bylibyśmy pewni , że nie uciekniesz- usłyszałem ostatnio.

Póki co chcę być wolny , bez kredytowych kajdan. Codziennie wspinam się po pracy rowerem na moją górę.  Parę dni temu mignął  obok mnie jakiś kolaż na szosówce. Zacząłem się z nim ścigać. Nie miałem szans. On na profesjonalnym sprzęcie ubrany w obcisły trykot , ja po cywilnemu- w dżinsach i z sakwami pełnymi zakupów.  Takie chwile uczą akceptacji,  że nie zawsze trzeba być naj…

Przykazanie

jod11

Na 15u obecnych na oddziale pacjentów nie operowałem tylko …dwóch. Czuję się trochę….wykorzystany. Kumulacja stresu sprawiła , że dopadła mnie płucna infekcja. Z dnia na dzień moje ciało odmówiło posłuszeństwa i wyjazd rowerem na górę , na której stoi mój biały domek zrobił się niewykonalny. Musiałem iść na piechotę..a i chwile odpoczynku były konieczne. Nie pamiętam kiedy wcześniej brałem antybiotyk. Czułem , że padam.

Musiało minąć prawie pół roku wzajemnego dzielenia losu , żeby Bencze puścił farbę. Od początku trochę mnie dziwiło , że tak dobrze się zna z niektórymi tutejszymi doktorami i pielęgniarkami. Zawsze gadał coś wymijająco , w końcu powiedział prawdę. On w tym szpitalu już pracował. Krótko bo krótko , ale kilka lat temu zatrudnił się na chirurgii ogólnej. Wtedy jeszcze naczyniówka była jedynie pododdziałem , a obecny mój szef nielubianym , skonfliktowanym z chirurgami ogólnymi oberarztem. Nikt z nim nie chciał pracować , generalnie groziła mu wylotka , ale pojawił się Dr Thomas, który mu pomógł i wtedy razem stworzyli ten oddział. Nie pisałem o nim dotychczas. Razem jesteśmy Ltd Ober , ale to on z szefem jest po imieniu , to on się z nim nieoficjalnie spotyka i razem gdzieś pokątnie ustalają strategie. Niepytany przestałem się odzywać. Robię swoje i czekam na koniec okresu próbnego . A gdyby chcieli mnie coś , kiedyś wykiwać to mam już parę asów i jednego Jokera w rękawie. Nie poddam się łatwo. Dobrze mi tu płacą, góry się mi podobają , a z resztą sobie powoli poradzę. Jedno sobie postanowiłem ..to będzie mój ostatni szef w życiu. Może z szefami , jest jak z kobietami. Trzeba mieć do nich szczęście. Jak z miłością..prawdziwa może być tylko jedna. Ta moja jedyna szefoska miłość miała kilka dni temu urodziny. To mój pierwszy niemiecki szef. Stara szkoła prof. Vollmara… Nie pamiętam dat urodzin moich rodziców , ani mojej siostry, ale o urodzinach tego faceta pamiętam. Łączy nas męska , chirurgiczna przyjaźń i moja wdzięczność. Gdy patrzę jak kiepsko operuje mój obecny szef, gdy patrzę na popełniane przez niego błędy zawsze przypominają się mi przestrogi tamtego , tego dobrego szefa. Kiedyś powiedział -gdy zamykasz ranę na szyji nigdy nie zszywaj mięśnia mostkowo-obojczykowego, zostaw go luzem. Nie pytałem dlaczego. Minęło 13 lat ..i już wiem dlaczego. Mój obecny szef szyje mięsień. Zdziwiło mnie to, ale nie jestem tu po to żeby go pouczać. Po jednej z takich operacji tętnicy szyjnej wołają mnie na intensywną . Że niby pacjentka ma krwawić. Rana czysta, zero śladu jakiegokolwiek krwiaka w ranie. Po dwóch godzinach wołają mnie ponownie. Dalej to samo. Po kolejnych kilku pacjentka zaczęła się dusić..robię USG i zbladłem ..krwiak był ..ale pod zeszytym mięśniem..ledwo ją uratowaliśmy. I właśnie dlatego nie wolno szyć mięśnia ..żeby krwiak rozpychał się pod skórę , a nie do środka..jedyny znany mi chirurg naczyniowy , który zszywa mięsień. Tym bardziej drażni mnie jego pewność siebie . Będąc to przez pół roku nie widziałem w jego wykonaniu ani jednej wzorcowo przeprowadzonej operacji naczyniowej , wliczając w to żylaki. Z drugiej strony przekonał się , że warto liczyć się z moim zdaniem, choć nie potrafi ukryć , że jest to torturą dla jego szefoskich ambicji i coraz częściej stara się mi udowodnić , kto tu rządzi. Strategię mam taką. Nie pytany nie gadam. Pytany mówię to co myślę w dobrze pojętym interesie pacjenta..a niekoniecznie finansowym szpitala. Problem zaczyna się , gdy mamy odmienne zdanie co do postępowania, a on rozpisuje mnie jako operatora. I tu zaczyna się sztuka dyplomacji. Właśnie leży taki pacjent. Chory z wieloletnia niewydolnością nerek dializowany. Przysłany został do nas miesiąc temu z ponoć wykrzepniętą przetoką dializacyjną. Przetoka była drożna , ale pozwężana. Próba jej wewnątrznaczyniowego poszerzenia dała mierny skutek i konieczna była operacja. I do tego momentu byliśmy z moim obecnym szefem zgodni. Gdy zobaczyłem rozpis operacyjny czar zniknął. Jeden pacjent ..i trzy operacje na raz. Rekonstrukcja przetoki , przęsło udowo podkolanowe i amputacja palucha z powodu owrzodzenia. I wszystko to jedynie na podstawie samego USG. Ponieważ resztki zaufania do jego kwalifikacji już dawno wyparowały z mojej głowy zleciłem CT Angio. Trudno , wiem że ryzykuję faszerując go kontrastem , ale ..opłacało się. Pacjent ma tzw. Calciphylacsię. Jego wszystkie , dokładnie wszystkie naczynia , włącznie ze skórnymi zamieniły się w sztywne , zwapniałe rury. Wszystkie są podobne do kruchych szklanych rurek. Wejście operacyjne w coś takiego to katastrofa. Poszedłem do szefa i pokazuję mu tomograf. Już sam fakt , że zwątpiłem w jego badanie USG był urazą. Oczywiście, żadna argumentacja nie docierała. Bypass ma być i koniec , bez dyskusji. -Nie ma sprawy, ale jeśli okaże się , że naczynia są nieoperacyjne to zdzwonię po Pana i Pan będzie kończył operację. Przyszedł czas na tajne negocjacje..jak na prawdziwej wojnie. Kilkanaście minut później chory został zdyskwalifikowany od operacji przęsła udowo podkolanowego przez..anestezjologów. Zrobiłem mu nową przetokę dializacyjną w znieczuleniu miejscowym. Już to był wyczyn. Udało się jedynie dzięki temu , że jakaś litościwa instrumentariuszka wygrzebała dla mnie gdzieś z czeluści ostatnie opakowanie szwów 7-0 ze specjalnymi tytanowymi igłami. Żeby wykonać 1 cm zespolenie zużyłem ich 4-y. Po trzech wkłuciach igła wyglądała jak gwóźdź , przy czym łebek był tam gdzie powinien być szpic. Amputowałem , też palca..a rana się goi bez problemów. Przeraża mnie tylko szef

-tego bypassu i tak Ci nie odpuszczę- powiedział.

Tu się zgina dziób pingwina. Dziś na wizycie pacjent pokazał mi wypis z Uni Klinik Monachium z grudnia u.r.- zdyskwalifikowany od rekonstrukcji tętnic w nodze.

A mój Joker? Na początku lutego poszedłem na urlop. Gdy wróciłem na intensywnej leżała pacjentka z ..martwą stopą. Pierwszy raz operowałem ją w listopadzie u.r. Poszła wtedy zadowolona do domu. Teraz patrzyłem z przerażeniem. Pacjentka kilka dni wcześniej została znaleziona nieprzytomna . Doznała udaru mózgu. Dopiero po 2-3 dniach , odwodniona została znaleziona przez krewnych. Trafiła na neurologię , a tam po kolejnych 2óch dniach zorientowali się , że z ukrwieniem nogi jest coś nie tak. Do nas trafiła na OIOM. I tak od tygodnia leżała. W międzyczasie Dr Thomas zrobił jej jakąś minifasciotomię podudzia. Dla mnie już na pierwszy rzut oka sprawa dosłownie i w przenośni była śmierdząca..ale niepytany milczałem. Kiwałem zgadzając się ze wszystkim z szefem. Do dnia gdy zapadła decyzja o amputacji. Biedna Laura zadzwoniła do mnie

-szef rozpisał mnie jako operatora do amputacji . Ty mi asystujesz..a ja nie mam kompletnie pojęcia , w którym miejscu amputować.

-Dobra Laura, idziemy do pacjentki, zrobimy jej Dopplera , popatrzmy co się tam naprawdę dzieje.

Po kilku minutach już wiedziałam. Ostra zakrzepica tętnicza. Chora powinna być operowana już kilka dni temu, i jako pierwsza wcale nie amputacja ale normalna thrombektomia. Zadzwoniłem do szefa. I znów boleśnie ugodziłem w jego szefoskie ambicje. Chciał , nie chciał musiał się ze mną zgodzić. Po południu przyszedł do mnie Bencze..

-Ale dostaliśmy przez ciebie do wiwatu. Szef nas opierdolił , że przez tydzień chodzimy wokół pacjentki i nikt zwykłego Dopplera nie zrobił. Ale ON też w końcu codziennie ją oglądał. Więc najpierw powinien się na siebie powkurwiać.

Bo najważniejsze przykazanie jest takie. Jeśli jesteś szefem nigdy nie wymagaj od innych więcej niż od siebie, inaczej zapomnij o szacunku.

Ferie

jod11

Rzadko mam okazje być sam na sam z moim już nastoletnim synem.  Przyjechał do mnie na tydzień. Pamiętam nasz pierwszy zjazd na nartach . Miał wtedy  chyba 5, może 6 lat.  Zapakowałem go w uprząż, założyłem lejce, pożyczyłem narty  i  nie patrząc na protesty  reszty rodziny wywiozłem wyciągiem na  jeden z beskidzkich szczytów. Oboje do dziś pamiętamy tę jazdę.  Trząsł się jak osika. Po przejechaniu około 200 metrów stanął , rozpłakał się i powiedział , że dalej nie jedzie.  Żadne prośby i zachęty  nie odniosły skutku. Zwiozłem go na rękach i bałem się ,że  mały zraził się do nart na zawsze. Tym bardziej , że reszta rodziny oceniła mój wyczyn jako wariactwo i daleka była od motywowania go . Dwa lata później pojechaliśmy do Włoch i zapisałem go na tydzień do szkółki, Trzeciego dnia już mogliśmy zacząć robić wypady razem. 

Narty stały się swego rodzaju enklawą . Nikt nam nie przeszkadza, nikt nie wtrąca się między nas. Jadąc na wyciągach czy w gondolach rozmawiamy o wszystkim bez cenzury , bez zazdrośnie  nasłuchującej mamy.

A mój syn jeździ coraz lepiej i pewnie. Nie boi się i pokochał to białe szaleństwo.  Na jeden dzień wkręciłem go na trening  do grupy tutejszych dzieciaków, z których część ma w przyszłości trafić do niemieckiej kadry. Na  testowej trasie slalomowej , z prawdziwym komputerowym starterem i fotokomórką mierzącą czas przejazdu, był o prawie 2 sek lepszy niż ja.

A jak nie było narciarskiej pogody jechaliśmy do Monachium. Do muzeum techniki.

-Zostań ze mną . Zapiszę cię do klubu narciarskiego, będzie nam dobrze razem.

-Narty są fajne , ale wolę się uczyć, tato.

Jestem dumny z mojego syna

Rysy na szkle.

jod11

Pracuję w korporacji. Muszę w ekspresowym tempie przewartościować swoje myślenie….albo opuścić ten szpital i generalnie Niemcy na zawsze. Kto wie , czy gdyby nie wsparcie Benczego i Laury , już bym się nie zwolnił.  Łączy nas jedno. Najważniejszy jest pacjent.  Zysk , koszty , deficyt schodzą na drugi plan. Ratuje nas to , że jesteśmy większością.  Poranne odprawy to głównie finansowa analiza każdego przypadku.  Przerażające jest jak odhumanizowana stała się tutejsza medycyna. Szef  raz w tygodniu siedzi w dyrekcji i analizuje słupki i słupeczki.  Muszę się pilnować , bo coraz bardziej  wkurza mnie to jego skomercjalizowane podejście do leczenia. Zachowuje się , jak żydowski sklepikarz , a nie lekarz. Gubi się w diagnozach, pędzi jak stary samochód po wartepach  gubiąc istotne śrubki i śrubeczki. Jak sprinter , który zapomniał zawiązać butów. Gna i się wywraca, wstaje , pędzi i znowu leży, bo mu szkoda poświęcić pół minuty na sznurowadła.

Narażanie chorych na niepotrzebne leczenie , niedokładność, naciąganie wyników tak aby spełnić kryteria wskazań do operacji zaczynają wywoływać konflikty między nami. Na razie bardzo dyskretne i niewinne. Na razie nic nikomu się nie stało, ale powoli czuję jak wzbiera we mnie złość.  Codziennie staję przed dylematem.. albo lojalność wobec szefa , albo wobec pacjenta.  Znów zacząłem klnąć pod nosem. Zawarliśmy z Bencze pakt,  cokolwiek do siebie gadamy pozostaje tajemnicą. On też powoli pęka i ma dość  wciskania pacjentom kitu.

To był ciężki tydzień. Zdominowały go dwa trudne przypadki. Pierwszy wg szefa miał być banalny , ale już pierwsza rozmowa z pacjentką dała mi do myślenia, że coś jest nie tak. Gdy przedstawiłem swoje wątpliwości na odprawie zbył mnie i z pewnością w głosie oznajmił , że swojej diagnozy jest pewny. Gdy otworzyłem chorą  straciłem panowanie. Nic się nie zgadzało. Zadzwoniłem do niego z bloku , przedstawiłem sytuację i poprosiłem o radę..

-i,,ww,fru…yyyy…eeee.. sam coś wymyśl

Drugi to była chora z niedrożną aortą. Bencze się rozchorował . Chciał nie chciał do asysty stanął mi szef. Szybko , chaotycznie..oczywiście narzucił mi swoją koncepcję. Zaufałem mu..i…znów  się zawiodłem .  Kolejna laparotomia ,tym razem spokojnie z Laurą..i  udało się. Wyprzepraszał mnie potem , wyusprawiedliwiał się, nająkał.

-Nie ma  sprawy szef.

Robią się pierwsze rysy na szkle.

W kakofonii życia

jod11

Weekend był chyba formą zaliczki. Czeka mnie trudny tydzień. Liczba pacjentów rośnie . Szef zaciera ręce , poklepuje mnie po plecach , jak może kadzi i najgorszą robotę spycha na mnie. Patrzę na niego i widzę siebie za 10 lat. Rozbiegane, nerwowo członki, mowa wyprzedzająca myśli.  Koncentracja na  nic niewnoszącym pijarze.  Nie jest łatwo być ordynatorem oddziału zabiegowego. Trzeba mieć nie tylko gigantyczne doświadczenie i wiedzę , ale i odporność  amerykańskiego snajpera pozostawionego  samemu sobie w tłumie Talibów.  Gruba skóra , dystans i odwrażliwienie. Inaczej nerwica jak w banku.

To nie była udana impreza. Typowo takie imprezy w niemieckich szpitalach odbywają się w listopadzie i grudniu. Mają być zwieńczeniem całorocznej pracy . Igrzyskami integrującymi  personel. W moim szpitalu coś takiego organizuje się w styczniu. Ze wszystkich w jakich do tej pory uczestniczyłem ta była najgorsza. Jakaś przepompowana. Zamiast dać ludziom normalną muzykę , DJ eja i  poszaleć , ktoś wymyślił kilkunastoosobowy big band. Grali nieźle. Ale nie tego oczekuje średni personel medyczny. Ciężko się wyszaleć przy standardach w stylu Glena Millera. Efekt był taki, że do północy mało kto dotrwał. Bencze zmył się koło dziesiątej wymawiając się chorobą córki, a niedługo potem Laura odwiozła mnie do domu. Musiałem jej trochę pomóc dostać się do samochodu. Wybrać się na styczniową imprezę, przy minus kilkunastu stopniach w sandałach na 15 cm obcasie i z odsłoniętym dekoltem do wyrostka mieczykowatego to trzeba mieć fantazję. Równie dobrze mogła przyjść w łyżwach figurowych.

W sobotę przeniosłem część moich klamotów do nowego mieszkania. Mój dobytek, podobnie jak życie emocjonalna,  jest już  teraz totalnie rozsiany. I chociaż nie widzę  by w najbliższej perspektywie miało się to zmienić to ducha optymizmu nie tracę.

Niedziela była piękna. Słoneczny , mroźny wyż. Pojechałem kilkadziesiąt kilometrów na wschód . Chciałem dokonać pewnego prywatnego rozliczenia. Po raz pierwszy odwiedziłem te okolice w 1996 roku. Wtedy , bez grosza przy duszy, podjechałem do dolnej stacji kolejki . Bilet kosztował 50 Marek. Dla młodego lekarza z Polski to była kwota nie do przeskoczenia. Jak ja cholernie zazdrościłem tym niemieckim dziadkom , którzy wsiadali i znikali gdzieś tam wysoko we mgle. A teraz…mogłem sobie pozwolić na cały dzień w słońcu i na nartach.  W pajęczynie wyciągów i wyratrakowanych nartostrad była mała kapliczka. W kakofonii rozradowanego tłumu, skocznej muzyki z barów,  dźwięk dzwonu wzywającego na południową modlitwę zabrzmiał naprawdę jak biblijny głos wołającego na pustyni. Modlitwę prowadziła młoda dziewczyna. Przedstawiła się jako kościelna referentin. Ubrana w białą , długą komżę modliła się tak pięknie i autentycznie, że wielu naszych księży mogło by się uczyć.

Koniec ferii

jod11

Zasypało moje Alpy. Nigdy nie marzyłem nawet o tym , żeby na nartach jeździć do pracy. W porównaniu z krakowskimi dyżury ..tfu,tfu ..są tu bardzo spokojne. To jedna z olbrzymich zalet nowej pracy. A z tej zalety wynika kolejna , że mimo dyżuru mogę wziąć pod pachę narty i iść na stoki. Szpital mam w zasięgu wzroku , więc jakby co to wystarczy zrobić jeden wiraż więcej  i już jestem na miejscu.  I nikt nie widzi problemu w tym , że dr w plastikowych , tłuczących się  jak wóz drabiniasty butach  do szpitala wchodzi.

To już ostatnie  tygodnie w moim pensjonacie. Kończę z feriami. Przenoszę się do śnieżno białej willi. Naszpikowanej elektroniką i inteligentnymi systemami. Właścicielem całości jest pewien niemiecki milioner.  Dom podzielony jest na trzy mieszkania. Jedno zajmuje on ze swoją milionerską żoną.  Urządzone z niesamowitym smakiem i przepychem. Drugie 70 metrowe będę wynajmował ja. Jest w podobnym stylu. Trochę jakby z odpadów  tego co kupili  urządzając własne gniazdko.  Trzecie mieszkanie zajmuje para starszych osób , których nie miałem przyjemności jeszcze poznać. Monitorowany ogród, nocą rozświetlony jest dziesiątkami  zakamuflowanymi lamp.  Będę miał gdzie trzymać moje bonsaie.  Większą część roku milionerska rodzinka spędza gdzieś w świecie . Wyraźnie im spasowałem , żeby mieć na oku ich włości. Stąd cena wynajmu jak na tutejsze warunki..no prawie darmo.

Dom położony jest na zboczu . Jakieś 100 metrów niżej leży mój szpital. Gdyby przerzucić stalową  linę to mógłbym  codziennie do pracy podróżować niczym Tybetańczyk  na zakupy, podwieszony w jakimś wiklinowym koszu.  Równie dobrze mógłbym zrobić spadolotniarski patent ,startować z tarasu i lądować tam gdzie helikoptery.

Arabska sprzątaczka

jod11

 

Po całym dniu jazdy dotarłem do mojej alpejskiej doliny. Byłem zły  i zmęczony. Jadąc z Wiednia postanowiłem odwiedzić  Innsbruck. Za parę tygodni , na ferie zimowe  przyjadą do mnie moje dzieci. Właściwie chyba bardziej one robią mi łaskę tym przyjazdem , niż ja im radość . W każdym razie przegapiły tanie wyprzedaże biletów lotniczych do Monachium. Przyjadą pociągiem do Innsbrucka.  Chciałem przetestować trasę . Zobaczyć gdzie jest dworzec , jakie są możliwości parkowania. Taka nadgorliwość  zestresowanego tatusia. Już po zmroku , kierując się na zachód w kierunku granicy szwajcarskiej  pokonałem kilka  pokręconych tras alpejskich żałując  , że nie mogę podziwiać widoków , a jednocześnie oddychając z ulgą , że zima jest małośnieżna. W końcu dotarłem do  mojego szpitala.  Tę jedną noc byłem bezdomny. Moje mieszkanie okupowali noworoczni goście, którzy rezerwacji dokonali długo przed tym jak ja się pojawiłem.  Wszedłem do dyżurki  . Na monitorze mojego komputera miałem przyklejone zdjęcie.. uśmiechniętego..ciasteczkowego  potwora. Od razu pomyślałem , że to Laura za cichą akceptacją Bencze….

-i jak tu was nie kochać?- pomyślałem  i uśmiechnąłem się

Rozłożyłem matę na podłodze , przebrałem w ciuchy operacyjne i skulony zasnąłem przytulając głowę do plecaka.

Gdzieś  koło czwartej wybudził mnie szelest pod drzwiami. Wypowiadane po arabsku słowa, drzwi otworzyły się  i weszła sprzątaczka w wyraźnie za dużym, pomiętym fartuchu.

Na moje guten  morgen zareagowała tak jakby zobaczyła ducha . Stanęła ,głośno  zajasnocholerowała   i wycofała się rakiem wykrzykując  coś po arabsku.

Pies cię lizał –pomyślałem i zasnąłem.

Jeszcze nie teraz

jod11

Tydzień spędzony w Polsce uświadomił mi w jakim stanie jest moje życie. Rozbite na wrogie sobie fragmenty, różne tożsamości mentalne. Zaczynam się gubić , niczym moje rzeczy osobiste. Sam już nie wiem co mam w Krakowie , co w moim domu na wsi, a co trzymam w pudłach w Niemczech. Pozrywały się mi kotwice i cumy , o których kiedyś pisałem , a nowych jeszcze nie zarzuciłem. Dryfuję więc, jak okręt bez steru i żagla. Zamiast wzmocniony wracam z Polski rozbity.

Jadąc na Święta odwiedziłem moich przyjaciół pod Norymbergą. Wchodząc tam wita mnie zawsze uśmiech i trójka wyluzowanych , bosych i często brudnych dzieciaków , którzy obwieszają się na mnie przekrzykując wzajemnie –Onkel Jodek. Potem Filip wyjmuje skrzypce , niewiele większe od karki A4 i z miną wirtuoza rzępoli , ale z takim zacięciem i pasją z jaką tylko prawdziwy naturszczyk może grać.

A kilka godzin później staję pod domem w Polsce. Wyjmuję z plecaka organki i pod drzwiami zaczynam grać kolędy. Słychać tupot nóg i krzyki

-kolędnicy , kolędnicy przyszli

Drzwi się otwierają , ale zamiast radości widzę zawiedzioną minę syna

-E…To tylko tata.

Nie wiem czy to co prezentuje moja rodzina to złość na to , że ponownie wyjechałem , czy bardziej na to , że jeszcze od czasu do czasu wracam. Sam też czuję , że przestaję tęsknić za nimi. Z drugiej strony , nie wyobrażam sobie całkowitego zerwania kontaktów..jeszcze nie teraz.

© Medykoemigrant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci