Menu

Medykoemigrant

Los- jak drzewko bonsai..kształtowane ręką Boga. Wszystkie opisywane wydarzenia są fikcyjne , a ewentualna zbieżność z rzeczywistością jest czysto przypadkowa.

Gówno wszędzie pachnie tak samo.

jod11

Ludzie mali , zakompleksieni , niedowartościowani zaczynają dzień pracy chyba tak jak mój szef. Od swego rodzaju autoterapii.  Tym skromniejszym ,  szarym myszom i szczurkom  wystarcza gadka do lustra. Tym nobliwym, z poczuciem wyższości  , tym którzy są już  zaawansowani w autoterapii potrzebna jest publika.  I to musi być publika nieprzypadkowa, taka która nie rozczaruje , nie zburzy wyimaginowanego  wizerunku nieomylności i doskonałości

-Siadajcie coś wam pokażę. Wypis z konkurencyjnego szpitala . Patrzcie co oni popisali.

Na wielkim  monitorze pojawia się scan

- Brak tętna nad tętnicą strzałkową. Trzeba być niedouczonym idiotą , żeby taki tekst napisać , przecież tętna nad tętnicą strzałkową się nie bada. Patrzcie dalej .W diagnozie trombangitis obliterans a tu ani angiografii nikt nie zrobił , ani nie pobrał wycinka. Albo patrzcie tu ……

A potem pyta każdego z nas co tym myślimy testując naszą  wazeliniarską lojalność .

- A ty Jod nic nie powiesz?

- Powiem , że …oni śmieją się z naszych  ambulatoryjnych opisów i rozpoznań , w których roi się od lapsusów.

Gdybym tak powiedział , to pewnie mógłbym się pakować. Ale kiedyś nie wytrzymam.  Choć cena za moje milczenie jest na tyle wysoka , że nie opłaca się mi ryzykować…ileż razy można zmieniać szpital….tylko po to , by po raz kolejny się przekonać , że gówno wszędzie pachnie tak samo.

Rock'n Fellas

jod11

W sobotnie popołudnie pojechałem do miasteczka. Chciałem na chwilę zostawić moją samotnię i popatrzeć na wielonarodowościowy  tygiel wałęsający się po Fussganger Zone. Moją uwagę zwróciły samochody stojące przy centrum festiwalowym. Amerykańskie klasyki z lat 50 ych.  Szerokie, długaśne oldtimery w jaskrawych impresjonistycznych barwach i  wielkie farmerskie pickupy  . Wokół kręcił się równie jaskrawo  kolorowy tłum  przebierańców. Faceci w staromodnych garniturach o szerokich mankietach i jeszcze bardziej szerokich nogawkach spodni przykrywających stylowe skórzane buty o wydłużonych , perkatych szpicach.  Starannie wygolone twarze , na głowie połyskujące włosy przykryte grubą warstwą brylantyny . Niektórzy z kolei przebrani w stylu „ a la Presley” z czarnymi , pewnie doklejanymi bokobrodami.  Kobiety w szerokich  pstrokatych spódnicach kończących się na wysokości kolan, butach na płaskiej podeszwie i obowiązkowo upiętych włosach  przepasanych różnobarwnymi związanymi chustkami ( do kupienia na miejscu za 10 Euro).  Trafiłem na cyklicznie odbywający się festiwal  muzyki „rock and rolowej  z lat „ 50 ych i 60 ych.  Za jedyne 5 Euro wejściowego  zapomniałem się w fantastycznej muzyce typu boogie woogie,  coverach Billi Haleya, Chucka Berryego  i nieśmiertelnego Elvisa . Rewelacyjny Chris Aron and Croakers ( poszukajcie na you tubie). Atmosfera była taka jak w pamiętnej scenie „Powrotu do przeszłości”  gdy główny bohater wyciska z gitary soki i wykonuje ogniste  „ Go Johnny go”. Z tą różnicą , że tam występowali starannie dobrani aktorzy zaś  ja oglądałem tłum naturszczyków w wieku od 5 u do 105 lat.  Szkoły tańca i amatorów z nadwagą , którzy w dupie mieli swoją komiczność i dawali się ponieść muzycznej fali tsunami. Bezwolnie człowiek zaczynał kręcić biodrami , klaskać i wierzgać każdą częścią ciała. No i chyba w latach 50 ych tatuaże nie były aż tak w modzie jak obecnie. I jeszcze jedna  rzecz zwróciła moją uwagę. Żadnych arabów , żadnych śniadych gości jedynie aryjska rasa.

EMPI

jod11

Zacząłem szperać po globalnej sieci.

-Do jasnej cholery, przecież niemożliwe żebym był pierwszym tego typu przypadkiem.

To co znajdywałem nie napawało optymizmem.  Zwykle  poszkodowani komunikacyjnie przez pojazdy US Army poddawali się . Ktoś polecał by skontaktować się z biurem Green Card w Berlinie. Ktoś inny podawał namiary na jaką ś firmę ubezpieczeniową.  Jednak wszędzie gdzie szukałem pomocy zostawałem odesłany z kwitkiem.

Byłem pewien , że jakieś rozwiązanie być musi. W końcu niemożliwe , żeby Amerykanie zachowywali się jak siły okupacyjne.  Żeby mogli bezkarnie grasować? Nie mogłem w to uwierzyć.

Przypomniałem sobie , że kilka razy robiąc konsultacje w ambulatorium urazowym raz czy dwa gdzieś w poczekalni  mignęły mi sylwetki w charakterystycznych  mundurach sił amerykańskich.  To nie był chyba przypadek  Podejrzewałem , że gdzieś tu w okolicy musi być jakaś ich baza ,albo centrum logistyczne , cokolwiek.  Wiedziałem o bazie w Ramstein, do której zwożono pokiereszowanych w walkach na Bliskim Wschodzie.  Sekretarka w rejestracji potwierdziła , że od czasu do czasu  zgłaszają się jacyś amerykańscy wojskowi. Gdy sprawdziliśmy w komputerze okazało się , że oni wszyscy mają jeden wspólny adres Ramstein-Keiserslautern.  Internet  milczał gdy wyszukiwałem bazy na terenie Austrii.  Ktoś podpowiedział , żebym popytał w kompleksie hotelowym,  w którym do końca  lat 80 ych ubiegłego wieku mieściła się jednostka amerykańska.  Młoda , ładna  dziewczyna w  nienagannie skrojonym kostiumie popatrzyła na mnie co najmniej dziwnie , gdy zacząłem wypytywać  o ewentualną lokalizację jakieś jednostki amerykańskiej. To , że nie potraktowała mnie jak pomyleńca , a jedynie odpowiedziała coś wymijająco świadczyło , że  moja intuicja nie kłamała.

-Proszę Panią , ja naprawdę nie jestem żadnym szpiegiem  ani żadnym  pieprzonym  dżihadystą . Jestem Polakiem , który stara się rozwiązać pewien problem.

-Niech Pan pojedzie do Hohenfels i tam popyta.

Hohenfels to kilkutysięczne miasteczko na północ od Ratyzbony.  Bez trudu znalazłem koszary.  Zauważyłem , że amerykańscy wojskowi , zwłaszcza ci wyżsi stopniem , jeśli wkładają na siebie  cywilne ubranie to zawsze wyglądają jak agenci  CIA. Ciemne okulary, czarne marynarki, białe koszule z podwiniętymi rękawami.  Krótko ostrzyżeni, jak sklonowani .Faceci wchodzili i wychodzili z tych koszar. Pokazywali wartownikowi identyfikatory  a ten ich przepuszczał. Pewnie dlatego , że mój ubiór odbiegał  od wyżej opisanego  modelu wartownik wyszedł mi naprzeciw  . Nie był to żaden amerykański żołnierz , ale zwykły ochroniarz z wynajętej firmy. Zaczął mnie wypytywać co tu robię i czemu się tak wszystkim przyglądam.

-Jak tak dalej pójdzie to mnie kuźwa za szpiegostwo wsadzą-poyślałem, śmiejąc się w duchu.

Opisałem mu moją sytuację. Zapytałem czy byłaby możliwość porozmawiania z kimś , kto zajmuje się logistyką

- Panie przecież tu w jednostce muszą być jakieś samochody, może ktoś by mi powiedział  do kogo się mam zwrócić ?-zapytałem

-Nie wpuszczę Pana do jednostki. Tu nikt Panu nie pomoże. Proszę odejść.- Powiedział i  zaczął wracać do swojej wartowni.

Nie po to urwałem się z pracy , żebyś mnie teraz chłopie spławił.

-Wie Pan co , do jasnej cholery , przecież może Pan do kogoś zadzwonić , nie wiem zapytać.

-Nie ma takiej możliwości.-powiedział

Narastająca frustracja kazała mi tam stać i nie odpuszczać.  Faceci w czerni wchodzili i wychodzili. Omijali mnie jakbym nie istniał.  Nie zważając na coraz bardziej wkurwioną minę  ochroniarza zaczepiłem  jednego z nich

-Can you help me?

Gość zbaraniał . Ściągnął te swoje czarne binokle

-What’s the problem?-zapytał

Kątem oka widziałem jak wkurwiony ochroniarz ponownie sadzi się w moją stronę . Łamaną angielszczyzną zacząłem nawijać o  accident with car in Austria . Facet mnie wysłuchał  i chyba uznał , że nie zdradza żadnej tajemnicy wojskowej informując mnie , że faktycznie  główna siedziba  wojsk amerykańskich znajduje się w Keiserslautern i , że najlepiej będzie jak z kontaktuje się z tamtejszą EmPi.

-What is EmPi?- zapytałem

- Military Police

To pojęcie zawsze kojarzyło się mi z wojennymi filmami.  Czarnoskórzy wojskowi  w odsłoniętych dżipach i w białych hełmach z nadrukiem MP .  Nie przypuszczałem , że taka formacja jeszcze funkcjonuje.

Facet zostawił mnie na chwilę. Kazał poczekać.  Ochroniarz z miną rannego byka obserwował mnie , a ja miałem ochotę pokazać mu język. Po chwili mój Amerykanin wrócił i wręczył mi kartkę z numerem telefonu.

 W końcu miałem punkt zaczepienia. Przez kolejne dwa dni  wykonałem telefoniczny bieg przełajowy. Każdy kolejny telefon przybliżał mnie do upragnionego celu.

Gdy zadzwoniłem pod podany numer usłyszałem for English press 1, for German Press 2 . Nacisnąłem 2 a mimo to i tak odebrał ktoś  z kim mogłem rozmawiać tylko po angielsku. Dostałem kolejny nr telefonu , pod którym miał być ktoś kto mówi po niemiecku. Ten ktoś odesłał mnie do następnego tosia , a dopiero ten ktoś kazał mi dzwonić do Claims Office w Wiesbaden.

I to był  w końcu strzał w dziesiątkę. Miła i niesamowicie kompetentna kobieta okazała się likwidatorską szkód wyrządzanych przez  armię amerykańską na terenie Niemiec.  W sumie mogła mnie olać , bo obszar  jej jurysdykcji nie obejmował Austrii. 

-Pomogę Panu- w jej głosie wyczułem  autentyczną pewność i  profesjonalizm.

Kazała mi przesłać całą dokumentację  do siebie i do Finanzprokuratur w Wiedniu.

Samochód w poniedziałek idzie do naprawy a w ciągu dwóch miesięcy mam dostać zwrot pieniędzy.

I tak po tych kilku tygodniach  stałem się mądrzejszy o kolejne doświadczenie. Pojazdy wojskowe należy omijać szerokim łukiem.

Top sicret

jod11

Kilka godzin później,  już w Polsce, wysłałem zgłoszenie o  kolizji do mojego ubezpieczyciela. Wciąż jeżdżę na polskich tablicach ,  a samochód jest zarejestrowany na mój były gabinet.  Nie czekając  nawet na raport austriackiej policji  ubezpieczalnia już na drugi dzień przysłała mi odpowiedź .  Wymowa jej była taka , że nie mam co liczyć na odszkodowanie ponieważ pojazdy wojskowe z reguły są nieubezpieczone.  Zapewnienia austriackiej policji o bezproblemowym przebiegu procesu odszkodowawczego zaczęły ulegać dewaluacji. Początkowo myślałem , że może komuś  po prostu nie chciało się  wgryzać  w sumie niecodzienną sytuację, że olał sprawę i poszedł po najmniejszej linii oporu. Wiedziałem , że bez papieru z policji nic nie wskóram.  Po tygodniu daremnego czekania zadzwoniłem na podany mi przez młodą  policjantkę numer  telefonu w Austrii. I dobrze zrobiłem , bo pewnie nie doczekałbym się  na ich spontaniczna reakcje. Tego samego dnia mailem dostałem cały raport. Opisany przebieg  zdarzenia był dla mnie satysfakcjonujący. Gorzej było z danymi sprawcy. Wszystko było tajne przez poufne , a w rubryce ubezpieczyciel  były jedynie trzy litery ubk. czyli unbekannt, nieznany. Żadnych numerów rejestracyjnych, żadnych danych sprawcy. Po prostu  wszystko geheim czyli top sicret. Jedyne co miałem w pamięci to ten plastikowy kartonik ze zdjęciem murzyna ,napisem Ohio i miejscem  urodzenia Ghana.

-I co ja k..a teraz mam z tym zrobić?- pomyślałem nie bez frustracji

Ponownie dzwonię do Austrii. Jakiś przypadkowy funkcjonariusz uspokajająco poinformował mnie , żebym się skontaktował z tamtejszym stowarzyszeniem ubezpieczyli  komunikacyjnych. Domyślałem się , że jest  to cos co pewnie odpowiada naszemu funduszowi gwarancyjnemu.  Nietrudno było znaleźć namiary w Internecie. Kolejne dni upłynęły mi  na próbach dodzwonienia się. Niestety daremnych próbach. Również na maile nikt nie odpowiadał. Powoli ogarniało mnie zwątpienie. Zacząłem zastanawiać się nad szukaniem adwokata , gdy nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

Unfall

jod11

Do wypadku doprowadził uchodźca. Afrykański chłopiec. Jeden z tysięcy , a może milionów , którzy uciekli przed biedą. Ten akurat pochodził z Ghany. Jedna z nielicznych stabilnych afrykańskich demokracji  z uporem wywróconego żółwia stara się odbudować gospodarkę. Dzięki rodzinnym koligacjom dostał się do ……Stanów i  po zalegalizowaniu pobytu zaciągnął do armii. Ta z kolei wysłała go do Europy, do Kaiserslautern .  Prosty szeregowiec siadł za kierownicą wieloosiowego ciągnika . Nasze drogi niczym dwie bilardowe bile w sposób dosłowny i przenośny zderzyły się na autostradzie A1 w okolicy austriackiego Amstetten.  Była połowa sierpnia. Od zachodu ciągnął niż . Nad Polską zamienił się w huraganowy żywioł , który powalił setki hektarów Borów Tucholskich .  Drogę do Polski urozmaicały fale ulewnego deszczu i gradu. Liczne kolizje sprawiły , że jazda odbywała się w rytmie „ stop and go”. I w takich to okolicznościach w czasie kolejnego „stop” zaczęła się na mnie zsuwać  wielka , szeroka jak czołg  naczepa.. Wszystko trwało może 2-3 sekundy. Zanim  fala dźwiękowa z mojego klaksonu dotarła do  szoferki  amerykańskiego ‘” jamnikowca” jego naczepa dosłownie wciągnęła przód mojego samochodu między szeroko rozstawione tylne koła. Nie zdążyłem uciec. Metaliczny odgłos łamanej blachy, jakby ktoś tępym nożem chciał przeciąć kamień .

-No kur..a mać ,  wpierdolił się mi na maskę! -wykrzyknąłem.

Oczami wyobraźni widziałem mój samochód na lawecie .Z rozbebeszonym przodem, z wyflaczonym silnikiem . Ileż to razy widziałem  takie dekapitowane wraki  na lawetach pędzących w stronę naszej zachodniej granicy. 

Nagle , zanim zdążyłem wysiąść by zbluzgać tego w szoferce rząd samochodów ruszył do przodu.  Metalowe elementy naczepy ze zgrzytem zsunęły się z klapy silnika wrzynając się jeszcze głębiej  i ….zaczęły się oddalać.  Na próżno rozbieganym wzrokiem szukałem jego  tablicy rejestracyjnej.  Wszystko popędziło do przodu

-Sku..syn mi teraz spieprzy i zostanę w czarnej dupie. Sam na środku wypchanej autostrady.

Przekręciłem kluczyk w stacyjce. Motor zaskoczył. Wrzuciłem bieg . Samochód ruszył. Spodziewałem się jakiś dziwnych odgłosów, jakiegoś szorowania plastików po asfalcie. Ale nic cisza , normalne odgłosy jakby nic się nie stało. Przyśpieszyłem . Stawiając wszystko na jedną kartę zacząłem pędzić do przodu , byle dogonić drania. Pruł środkowym pasem. Ja zacząłem się przeciskać prawym. Gdy już byłem równo z szoferką zacząłem rytmicznie naciskać klakson. W szybie od strony pasażera  pojawiła się twarz amerykańskiego żołnierza . Gestem , jakby przepraszał, zasygnalizował , że   za chwilę się zatrzyma. Wyglądało na to , że dokładnie wiedzieli co się stało. Wyprzedziłem ich i popilotowałem do najbliższego parkingu.

Stanęliśmy. Na szczęście ulewa zrobiła sobie przerwę. Nerwowo wyskoczyłem z na asfalt i rzuciłem się by w końcu oszacować straty. Nie było tak źle. Powyginana tablica rejestracyjna jako tako trzymała się w popękanej ramie. Pęknięty zderzak , porysowane plastiki i najbardziej ranna klapa . Jakby wielki niedźwiedź  chcąc się dostać do silnika porysował wielkimi pazurami jej powierzchnię . Najważniejsze , że chłodnica cała , lampy sprawne  w sumie mogłem dalej jechać. Wysiadło ich dwóch. Skruszonych , drobnych chłopaków w jasnozielonych , amerykańskich uniformach . Jeden biały , drugi czarny , kierowca.  Kontakt trudny bo nie znali niemieckiego , a mój angielski w tych emocjach jakby stopniał.  Powiedziałem tylko coś , że to z Koreą mieli walczyć a nie z polish friend .

Właściwie niewiele się odzywali..bo co tu było gadać. Choć w duszy doceniałem ich skruchę. W końcu na upartego mogli mnie zacząć przekonywać , że to ja wjechałem im w dupę.  W między czasie dojechały do nas kolejne amerykańskie transportowce. Zrobiła się niezła kicha.  Mój Peugeot wtulony między wielkie  long vehicles wyglądał jak ratlerek  między dobermanami. Zebrało się ich w sumie kilku wojskowych.  Zaczęli coś spisywać w swoich papierach. Policja zjawiła się jakieś 15 min od mojego telefonu. Przyjechali , popatrzyli  i chcąc uniknąć przemoczenia zaczęli coś nawijać , że to tylko kolizja , i żebyśmy sami  między sobą załatwili papirologię.  Postawiłem się.

Przejęli sprawę w swoje ręce. Zapytałem tylko czy mam coś sam wypełniać.

-wszystko spiszemy, niech Pan będzie spokojny.

Wzięli adresy e- mail  mój i murzyna. Kątem oka zobaczyłem jego prawo jazdy z wielkim napisem OHIO w prawym górnym rogu plastikowej karty. Pojechali nie zostawiając nic.

Nieświadom tego , że prawdziwe problemy są dopiero przede mną stałem  sam w deszczu.

Murzyn z Ghany

jod11

Początek września. Jeszcze kilka dni temu pływałem  przy księżycu w pobliskim jeziorze. Potem deszczowe chmury odcięły górom ich skaliste wierzchołki . Gdy rozgonił je wiatr skaliste zbocza ponownie dały się podziwiać. Piękne , białe, śnieżne.

Dobrze się mi tu pracuje. Dobrze się mi tu żyje.  Gdy nie mam dyżuru staję często przed dylematem jogging czy  marszruta w góry, basen czy jezioro, a może japońskie fikołki.  Gdy słucham, gdy czytam to co się pisze i wygaduje w Polsce to mam wrażenie jakiejś nierealności.  Czy ja naprawdę mieszkam w tych Niemczech , które przedstawia polska telewizja. No rozumiem propaganda, ale żeby do tego stopnia. Do tego stopnia wmawiać ludziom , że to dziki kraj obłąkanych ludzi , którzy przez wieki masakrowali nasz Bogu ducha winny naród, którzy po jasną cholerę sobie naściągali  czarnego islamistycznego motłochu, gwałcicieli i morderców.  Z takimi nie można kulturalnie tylko  kasa albo w pysk.  Gdybym to co słyszę i czytam brał na serio, to powinienem  najpierw spalić się ze wstydu a zaraz potem   rzucić to wszystko w cholerę.  Jak to kiedyś w filmie powiedział Barciś

-Nic tylko puszczać Szopena i pokazywać zęby wybite przez gestapo.

Na razie to mogę pokazywać tylko mój poobijany samochód, który jakiś murzyn z Ghany pokiereszował mi na autostradzie w Austrii. Murzyn z Ghany  kierujący nieubezpieczonym samochodem bez tablic rejestracyjnych. Chcielibyście mieć takiego za sąsiada?

ZAPEWNIAM WAS , ŻE TAK.

A dlaczego to za parę dni napisze.

"Tylko" lekarz

jod11

Kilka dni temu w mojej skrzynce na listy znalazłem zdjęcie w formacie pocztówkowym. Na pierwszym planie grill, w tle basen i górskie szczyty. Z tył napis

- Drogi sąsiedzie. Chcielibyśmy Pana  zaprosić na kolację . Jesteśmy nowymi właścicielami domu  pod nr 46.

Podpisy nieczytelne.

Podobną kartkę  dostała moja milionerska rodzina i sąsiedzi z prawa i lewa. Długo się zastanawiałam czy  skorzystać z zaproszenia. W końcu znalazłem się tu trochę przypadkiem, niby już tutejszy , a jednak wciąż obcy.

-Pie..lę, przecież mnie nie zabiją. Idę.-pomyslałem i pojechałem kupić prezent.

Drzewko oliwne . Taki symbol pokoju i spokoju okraszonego słońcem południa Europy.  Wystrojony jak sołtys na odpust przekroczyłem progi  śnieżnobiałej willi. W środku byli już wszyscy.

Z całego towarzystwa znałem jedynie moją milionerską rodzinę oraz sąsiadkę z naprzeciwka , która codziennie mnie wita gdy spocony docieram na szczyt góry . Cała reszta  była mi obca. Oni za to wiedzieli o mnie wszystko.  Gdzie pracuje , co robie , że biegam , że strzygę moje bonsaie i wszyscy chcieli mnie wyściskać. Nowi sąsiedzi to młodzi ludzie ..w moim wieku. No dobra , trzy lata młodsi. On biznesmen zajmujący się wyszukiwanie m  dających nadzieję zysku start-upów, ona prowadzi jakieś projekty biznesowe dla firm. W każdym razie ludzie milionerskiego sukcesu. Obok domu dwa wypasione „ porszaki”. Poczułem się tak jakbym nagle znalazł się na biesiadzie z rodziną Czartoryskich , Lubomirskich i Tyszkiewiczów.  Wszyscy odpieprzeni  . Jedni w bawarskich strojach, ale nie tych typowych dla bauerów , bardziej  von hrabiowskich, inni  w stylu angielskich lordów w idealnie skrojonych marynarkach z przewiązanymi apaszkami pod szyją  , kobiety w złotych butach , białych spodniach i tak samo białych skórzanych kurtkach. I..czułem się...mhm.. dobrze w tym towarzystwie. Choć „tylko lekarz” , bez siedmiu cyfr na koncie, czułem się spokojny i wyluzowany. Moja milionerska rodzinka puszczała do mnie ukradkiem uśmiech i oczko, jakby dla potwierdzenia, że towarzystwo mnie zaakceptowało.

Zaczęło się od 1933.

jod11

Gdy moja milionerska rodzina przyjeżdża do swojej posiadłości, której strzegę podczas ich  nieobecności, zaprasza mnie na kolację. Wykwintną kolację. Taką , którą się smakuje oczami oglądając amerykańskie filmy, sagi  o burżuazyjnych rodach fabrykantów, albo  seriale typu Dynastia.  Wyjmuję  wtedy  przygotowany na tę okazję ubiór odbiegający od mojej T -shirtowej codzienności.   Wyjście na taras i wypicie prawdziwego szampana to preludium.  A taras to widownia. Scena to skaliste alpejskie pasma ,  nieruchome , z pozoru wymarłe , a jednak oczu oderwać nie można. Widokowo willa , w której mieszkam ma chyba najlepszą lokalizacje w całym mieście.  Zauważyłem , że zawsze  gdy podaje swój adres zamieszkania  , to ludzie reagują z nieukrywaną zazdrością i dziwnym podnieceniem. Trochę tak jakby ktoś zapytany w Krakowie o miejsce zamieszkania  powiedział -Wawel. Na ostatnim treningu moich japońskich fikołków jedna znajoma tez tak zareagowała

- ja pierdziu , to tam gdzie swoja posiadłość ma szejk

-Kto?

-No szejk, nie rozumiesz szejk

Faktycznie gdzieś  w dole  jest  zadbany, ale jakby wymarły  pałac, który do tej pory był dla mnie zagadką. Szejk ze świtą pojawia się raz na…parę lat.

Mimo  materialnej przepaści jaka nas dzieli dobrze rozumiem się z moimi gospodarzami.  Im bardziej się poznajemy tym bardziej się otwieramy . Wpuszczamy wzajemnie w nasze życiorysy.  Jedząc  szlachetną rybę z egzotycznych mórz, popijając wysokoprocentowymi trunkami nagle przeniosłem się w mroczne czasy . Poznałem historię domu.

Znamienny dla Niemiec , a w  konsekwencji Polski i świata rok 1933. Wykuty w czarnej stali rok 1933 wisi na werandzie . W tym to roku pewien niemiecki fabrykant,  ówczesny czekoladowy magnat, zakupił działkę i postawił  4opietrowy , drewniany pałac w tyrolskim stylu. Z wielkim tarasem, z 5oma łazienkami i tyloma sypialniami dla gości z elit.

Gospodarz przyniósł metalowe pudełko pełne starych zdjęć. 

Uśmiechnięte twarze, alpejskie wyprawy,  narciarze w pomponiastych czapkach, narciarki w spódnicach . Nagle szok.

Hitler,  taras, ten sam widok  i podpis  1936. Nocował w tym domu. Czekoladowy fabrykant był jego przyjacielem. Zdumienie , podniecenie i niesmak. Wszystko to zaczęło się mieszać w mojej głowie. Jedzenie stanęło mi w gardle. Widząc moje zmieszanie …moi gospodarze uśmiechnęli się

-dr Jod ,niech pan ogląda  dalej  .

Na kolejnych zdjęciach polscy żołnierze stojący frontem przed niemieckim oficerem. W tle kopulasta wieża i jakiś długi, jakby stara szkoła, budynek.  Kolejne zdjęcia oficerowie , orzełki w koronie na czapkach . Jeńcy wojenni. Musteroflag nr VII Murnau. Na zdjęciach gen Kutrzeba, Gen Rómmel…ludzie o których  uczono w szkole.  W głowie przewija się mi Armia Pomorze , Bitwa pod Kockiem, kampania wrześniowa

-Skąd Państwo to mają ?

-Znaleźliśmy te zdjęcia w tym starym domu.

Ten stary dom moja milionerska rodzina kupiła w roku 2009. Ze względu na nie do końca chlubną przeszłość zburzyła go. Został po nim tylko ten wykłuty w czarnej stali rocznik 1933. Na tym miejscu powstała nowa willa ,  której część wynajmuję.

Pojechałem rowerem do Murnau. Znalazłem scenerię ze starych zdjęć. Tę samą kopulastą wieżę. Niestety teren ogrodzony. Obecnie są tam koszary żandarmerii  wojskowej, wstęp na teren wzbroniony. Przez kratę bramy mogłem popatrzyć na budynki.  Niewielki obelisk przed bramą z tablicą w języku polskim i niemieckim:

W BUDYNKACH DZISIEJSZYCH KOSZAR WERDENFELSER W OKRESIE 25.09.1939-29.04.1945 ISTNIAŁ OFLAG VIIA OBÓZ JENIECKI DLA POLSKICH OFICERÓW. W DNIU WYZWOLENIA UWOLNIONO 5000 POLAKÓW ORAZ KILKU JEŃCÓW INNYCH NARODOWOŚCI. POLSCY ŻOŁNIERZE TO OFICEROWIE WOJSKA POLSKIEGO ( WŚRÓD NICH 31 GENERAŁÓW), KTÓRZY WALCZYLI W OBRONIE POLSKI NAPADNIĘTEJ 01.09.1939 PRZEZ NAZISTOWSKIE NIEMCY. W 1944 ROKU PRZYWIEZIONO TU ZE STALAGU LAMSDORF OKOŁO 700 OFICERÓW ARMII KRAJOWEJ, UCZESTNIKÓW POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.

 

 

 

I  znalazłem groby na pobliskim cmentarzu.  Zadbane miejsce spoczynku tych , którym nie było dane dożyć wyzwolenia..Piękne odlane w bronzie polskie rogatywki..z części ktoś oderwał orzełki, kotwice polski walczącej.

Chyba znalazłem kawałek prawdziwej Polski.

Lederhose

jod11

Letni festyn integracyjny formą przypominał Oktoberfest. Wielki biały namiot , przystrojony w niebiesko-białe szachownice i reklamy jednego z browarów, wypełnił się gawiedzią z kilku zaprzyjaźnionych ze sobą szpitali. Kto mógł przyprowadził ze sobą całą rodzinę. Większość ubrana w tradycyjne  bawarskie stroje ludowe . Skórzane spodnie z kwieciście ozdobionymi szelkami, wełniane pseudogetry na łydkach białe lub kraciaste koszule i tyrolskie kapelusze. Nawet paru czarnoskórych  chcąc pokazać swoją niezłomną wolę integracji ubrało się  na bawarski styl. Wyglądało to trochę komicznie. Jeden się wyłamał i przyszedł w typowo afrykańskim ubiorze …i ten wyglądał  ..sympatycznie. Kobiety w kolorowych sukienkach , z przodu fartuszki zawiązane w kokardę z lewej ( panienki) lub prawej strony (mężatki) Gorsety z wielkimi dekoltami  przyozdobionymi sercokształtnymi wisiorami  .Pojawił się jeden Szkot  w spódnicy , mąż jednej z pielęgniarek Tłusta bawarska kuchnia, olbrzymie precle i hektolitry piwa. Tyrolska muzyka , gwar, hałas, kakofonia  przekrzykujących się rozemocjonowanych  głosów.

Ja , Benek i jeden niesamowicie przystojny Włoch z chirurgii byliśmy w tym tłumie wyjątkami  pozbawionymi bawarskich detali zdobniczych. Chyba czas pomyśleć o zakupie tutejszych  Lederhose… albo na następny festyn ubiorę się w jakiś  polski strój ludowy—krakowski żupan.

Kilka dni temu pojechałem do Lipska. Najpierw myślałem , że mam ich z głowy. Sam nie wiem , kto był bardziej zdeterminowany , żebym się tam pojawił. Czy sam szpital , czy firma headhunterska.  Skoro za upolowanie pielęgniarki szpitale płacą po 1000 Euro , to jaka musi być stawka za  znalezienie kogoś na stanowisko ordynatora?  Pojechałem bez skonkretyzowanych planów. Ot , jedno doświadczenie więcej.  Szpital na przedmieściach Lipska. Typowa poddrowska  zabudowa doprowadzona do  w miarę ludzkiego  wyglądu wysiłkiem kreatywnych architektów .  Dyrektor szpitala mógłby być moim synem. Może 30 letni chłopak pełniący dyrektorską funkcję od 6 tygodni. Rozmowa nie była zbytnio sformalizowana. On przedstawił mi skrótowo strukturę szpitala , ja opowiedziałem o sobie..i właściwie rozstaliśmy się bez jakichkolwiek konkretów.  Gdy wróciłem w moje bawarskie Alpy ucieszyłem się .  Widok tych gór jest dla mnie więcej wart niż te kilkanaście tysięcy euro rocznie więcej.  Byłem pewny , że temat mam z głowy. Kilka dni  później dostałem kontrakt i zaproszenie na kolejną tym razem konkretną rozmowę. Przeczytałem te kilkanaście stron kontraktu. To co mi proponowali to  dobrze płatne niewolnictwo. Cyrograf , sprzedaż duszy i ciała na potrzeby koncernu.

To nie dla mnie. Pokochałem te góry, przywiązałem się do tych specyficznych ale w sumie przyjaznych ludzi  o sumiastych wąsach,  niezrozumiałej wymowie i wesołym usposobieniu. Czas kupić Lederhose.

 

Tak rodził się faszyzm

jod11

Tu w Niemczech wszyscy przecierają oczy. Nikt nie przypuszczał , że niespełna 100 lat po dojściu Hitlera do władzy historia zacznie się powtarzać …w Polsce. Nie ma złudzeń . W Polsce odradza się faszyzm. Na razie w formie łagodnej perswazji, ale nikt nie wie co przyniesie przyszłość.  Mamy już swojego Goebbelsa, mamy Goeringa, mamy w końcu obłęd Hitlera. Mamy burzenie demokratycznego porządku w imię dobra narodu i dla dobra mas , mamy w końcu rasę niepożądaną zwaną lewakami ( cykliści , wegetarianie , homoseksualiści , wytatuowane małpy i wszyscy którzy nie są za nowym ładem).  Za chwilę będziemy mieć swoje ustawy Norymberskie, a może i noc kryształową.  I mamy te same argumenty . W końcu nic się nie dzieje. Gospodarka kwitnie, otwierają się nowe drogi, dobrostan wprost pęcznieje, ład podatkowy ..samo dobro. Tak samo 100 lat temu mówili Niemcy. Wtedy , gdy Hitler doszedł do władzy bezrobocie spadło , duma narodowa wzrosła , sądy zaczęły hurtowo skazywać ..lewaków..zaczęły powstawać autostrady, fajne szkoły dla młodzieży i nie było nikogo kto mógłby zatrzymać ten marsz ku wybuchowej przyszłości... a jaki był finał?

Herr Bock

jod11

Moje postanowienie dotrwania do lata i  rozkoszowania się krystaliczną tonią górskiego jeziora  przybrało kształt zupełnie realny. To tylko godzina jazdy rowerem. Kąpielisko oddalone od najbliższego parkingu ok. 3-4 km. Na samo miejsce dotrzeć można jedynie pieszo lub rowerem.  Pewnie dlatego mogłem cieszyć się intymnością samotnej kąpieli. Tak jak kiedyś w Górach Harzu. Tafla jeziora jak gigantyczna lustrzana powierzchnia z odbiciem skalistych wierzchołków. Cisza przerywana odgłosami zbliżającej się burzy.

I w ten sposób zacząłem swój letni urlop.   No nie do końca. Mam jeszcze dwa dni czasu by  podjąć decyzję.  Firma zaproponowała mi  Chefarzta w jednym ze swoich szpitali. Niestety nie w Alpach. Gdzieś koło Lipska.  Postanowiłem odmówić. Osiągnąłem taki stan dobrostanu materialno-psychicznego , że wolę nie ryzykować.  Utrata codziennego kontaktu z tutejszą przepiękną przyrodą nie jest dla mnie warta  podejmowania kolejnego życiowego wyzwania. Dużo tym górom zawdzięczam.  Nie tylko poprawę mojej kondycji fizycznej, ale też jakieś dziwne fluidy , które sprawiają , że stałem się mało wrażliwy na przytyki mojego szefa, na jego znerwicowanie i paniczne reakcje. Nierozsądnym byłoby opuścić miejsce , w którym póki co mi tak dobrze idzie. Sam siebie zaskakuję. Tak patrząc na ostatnie miesiące to trudno mi znaleźć porażki. A sukcesy? No, choćby Herr Bock.   Gdy zacząłem tu pracę już leżał na oddziale. I to był już jego 4y pobyt. Ciało naszpikowane protezami naczyniowymi. Co jaki czas któraś z nich się zamykała , albo ulegała zakażeniu. Każdy oddział , w każdym szpitalu ma takich pacjentów. Gdy pojawiają się na Izbie  Przyjęć to cały personel wziąłby chętnie urlop na żądanie.    Ok. 6o letni facet o wyglądzie filmowego pirata. Długie siwe , przerzedzone  włosy, poorana życiem twarz, niepełne uzębienie i całe ciało usiane mało profesjonalnymi  tatuażami. Do tego gdy dodamy wieloletni staż narkotyczny i kilkuletni pobyt w NRD więzieniu , ponoć z powodów politycznych, to mamy mniej więcej  całość obrazu.   Jego stan higieny uzależniony był  od  poziomu zaspokojenia  narkotycznych potrzeb. W dupie miał lekarskie zalecenia . Każda wszyta proteza naczyniowa , każdy kolejny bypass, każde kolejne udrożnienie przyjmował z wielką ulgą , nie dlatego , że ratowało się mu nogę przed obcięciem , ale że mógł z łatwością się szprycować  bez kłopotliwego szukania żyły.  Gdy tu przyszedłem właśnie mu obcięto lewą nogę. Obie pachwiny miał już wielokrotnie operowane . Grube jak ogórki przemieszczone płaty skórno mięśniowe świadczyły o olbrzymich problemach z gojeniem ran.  Wyszedł do domu z  obciętą lewą nogą.  Połączył nas półślepy los.  Jak się ma dyżury co drugi dzień , to trudno mówić o całkowicie ślepym losie.  Pojawił się z olbrzymim zakażonym tętniakiem  w prawej pachwinie. Kilkugodzinna operacja w nocy i walka o wygojenie rany przez kolejne miesiące.  Okresy psychicznych odlotów , pielęgniarki odchodzące od zmysłów,  pilnujące by idiota nie zaprószył ognia paląc papierochy w szpitalnym łóżku.  Niewiele mogliśmy mu zrobić bo facet ze swoja polityczną przeszłością miał poniekąd status VIPa.  Do tego wyjątkowo upierdliwy Betreuer. Po kolejnych tygodniach walki mogliśmy go z nieukrywaną ulgą wypisać życząc sobie i jemu „ niedozobacznie”.  Oczywiście wrócił. Tym razem zakażone było wszystko. Proteza aortalna  dwuudowa do wymiany.  Dlaczego się nie zdziwiłem ,że to ja miałem go operować? Usiadłem z nim i odchodząc od obowiązujących tu konwenansów przeprowadziłem najpierw rozmowę.

-Chce pan  żyć?- pytam

-Chcę.

- Szanse na przeżycie tak rozległej operacji ma pan 50%. Więc niech pan sobie pozałatwia co trzeba-mówię

Zaskoczyło mnie jego zdroworozsądkowe podejście.

-Miejsce na cmentarzu mam opłacone , pogrzeb zamówiony, testament spisany. Niech pan robi ze mną co chce, jestem przygotowany na wszystko

Ale w oczach zobaczyłem strach. Prawdziwy strach.

-Panie Bock – postaram się pana uratować ale robimy umowę. Jeśli pan przeżyje to prosto ze szpitala jedzie pan do kościoła

-Ale ja niewierzący jestem

-Mam to w dupie , jedzie pan do kościoła i koniec. Po drugie koniec z dragami. Jeśli pan przeżyje to będzie cud, i jakaś wdzięczność losowi się należy. A po trzecie ponieważ pasjonują mnie te czasy chętnie pooglądam pana  teczkę „Stasi”.

Operacja trwała 9 godzin.  Razem z Tomasem pobraliśmy mu żyły z obu rąk i ze szyi . Wypatroszyli cały  brzuch i pachwiny. Co się dało ze starych protez powyrzucali, a w to miejsce powszywaliśmy żyły.  Byłem niemal pewny ,że  nie dożyje następnego ranka. Ale przeżył.  Potem bez reinfekcji przeżył tydzień i miesiąc. Stał się zupełnie innym człowiekiem. Radosnym , przyjaznym , ostrzyżonym . I opowiedział mi swój życiorys.

Urodził się w patologicznej rodzinie. Trafił do sierocińca w zachodnich Niemczech. Ponieważ jego ojciec zamieszkał w NRD,  socjalizm się o niego upomniał.  Wysłany do NRD-owskiej rodziny zaczął się buntować i otwarcie krytykować socjalistyczne porządki. Prawdopodobnie były to czysto gówniarskie  wygłupy ale potem był poprawczak i cała więzienna izolacja od zdrowej socjalistycznej materii.

Odwiedza mnie co jakiś czas w szpitalu. Wybieramy się razem na koncert Rolling Stonesów we wrześniu w Monachium. Wszyscy się śmieją  , że jak wrócę do Polski to  pojedzie za mną.

 

A w sercu maj.

jod11

Niemiecki majowy weekend nie jest tak długi jak ten polski, ale jak z takimi weekendami  bywa wszystkie mijają szybko. Zwłaszcza tutaj , gdy widoki za oknem zachęcają do wypadów w plener.  W piątek i sobotę poprowadziłem kurs ultrasonografii dla lekarzy z Niemiec , Austrii i Szwajcarii, To były ich pierwsze kroki w ultrasonografii.  Tak jak kiedyś mnie uczyła pewna przesympatyczna dr w Krakowie.  Po raz kolejny w mym życiu czułem tę radość , wdzięczność i szacunek jaki do niej mam. Tak jak ona kiedyś prowadziłem, ich ręce manewrując głowicą ultrasonografu, identyfikowaliśmy struktury anatomiczne..i  miałem niesamowitą satysfakcję. Jakby los  zaczął spłacać  jakiś dług za lata upokorzeń Polsce , gdy tzw. Koledzy po fachu chowali głowice w szafie ,  pisali donosy, albo wieszli ulotki na drzewach przed moim gabinetem.

W niedzielę razem z Benedekiem pojechaliśmy na lodowiec  , na narty. Wmieszaliśmy się w tłum zwabiony bezchmurnym niebem i ostatnią szansą szusowania przed letargiem wyciągów na  letnie miesiące. I są takie chwile , że jak w Kabarecie Starszych Panów człowiek sobie uświadamia , że choć w sercu maj to czas robi swoje. Na szczęście nie dotyczy to kondycji i sprawności narciarskich.  Spotkałem grupę Polaków ze Śląska. Gadu , gadu i nagle jeden , patrząc na Benedeka wypalił

- a co? Synek nie mówi po polsku.

Julek i Benedek

jod11

Benedek dołączył do nas miesiąc  temu. Ale w  tutejszym szpitalu pracuje już dwa lata. Robił staże na urazówce i anestezjologii. Przesympatyczny pracowity blondas o flegmatycznym spokoju , nieskazitelnej uczciwości. Drugim asystentem został Julek. Etat ma w szpitalu urazowym , w którym miałem kiedyś  przyjemność operować aortę. Przyszedł do nas na półroczny staż. Pasują do siebie z Benedekiem idealnie , jak bracia. Mając ich dwóch jestem spokojny o oddziałowe zlecenia , badania , opatrunki.  Zgadzam się w 100 procentach z szefem , który z założenia nie przyjmuje doktorów bliskowschodniego pochodzenia o rozciapowatej wymowie . Gdy przypomnę sobie tych z Niedersachsen ,bezczelnych , bezdusznych olewajców, to Benedek z Julkiem są balsamicznie kojący. Może to błąd z mojej strony , ale  traktuję ich po przyjacielsku.  Bez „ panowowania”, razem chodzimy na obiady , omawiamy pacjentów . Ja uczę ich , oni czasem mnie. Laura , która zostawiła nasz oddział i przeszła na urazówkę ,też czasem wpada do ich dyżurki i wtedy robi się całkiem wesoło.

Z wariatem nie wygrasz.

jod11

Prologiem nadchodzącego , śnieżnego niżu było gwałtowne zaostrzenie stanów emocjonalnych . Spokój świątecznego dyżuru  zakończył się o drugiej w nocy.  W oddziale psychiatrycznym, znajdującego się kilka km dalej szpitala, jakiś młody człowiek po raz kolejny podjął próbę  samobójczą. Swobodny lot z 5 ego piętra nie był na tyle skuteczny by go od razu zabić. Telefon o drugiej w  nocy . Powracająca z zaświatów świadomość potrzebuje kilku minut by się zlokalizować w  czasie i przestrzeni.  Nie do końca pewny czy to co usłyszał w słuchawce to był koszmarny sen czy jawa. przemywam szybko twarz wodą i pędzę do szpitala klnąc pod nosem

-Ja Pier…ę, to już  nie mogłeś cholera się skutecznie załatwić? Co za ludzie, w dupie mam tę robotę. Jakie pieniądze są warte takiej szarpaniny? Niemal cała ludzkość śpi a ty człowieku zapierdalaj , bo jakiś popieprzony wariat postanowił o tak parszywej godzinie ze sobą skończyć.

W szpitalu  wokół nieprzytomnego gościa uwijał się już sztab ludzi. Pogruchotana miednica , pęknięta wątroba , złamana podstawa czaszki..i uszkodzona aorta piersiowa. Pozakładane dreny do niemal wszystkich możliwych jam . Ciało pokryte bliznami po wcześniejszych , amatorskich próbach  unicestwienia swego bytu.

Zająłem się pękniętą  aortą , urazowcy miednicą a gdzieś w Monachium zbierał się zespół neurochirurgów.  Operacja nie trwała długo. Kilka minut po rozprężeniu stentgraftu w aorcie  ,  stanęło serce, a krótka akcja reanimacyjna była z założenia nieskuteczna.

Z nieukrywaną ulgą rozchodziliśmy się w ciszy , mając nadzieję na jeszcze odrobinę snu.

Wszyscy myśleliśmy to samo

-Chciałeś ,to masz

Rodzina denata  nie rozpaczała. Prokurator odstąpił od dochodzenia, obdukcja miała charakter rutynowy. Upiekło się psychiatrom. Ponoć ktoś gdzieś nie zamknął jakiś drzwi , taki niefortunny zbieg okoliczności. Trudno kogokolwiek oskarżać ….syzyfowa robota.

Niż objął swoim zasięgiem całą Europę środkową i wschodnią. Jakaś sfrustrowana czytelniczka tego bloga zaatakowała mnie mailowo. Doczytała się autopsyjnych historii i oskarżyła o zdradę tajemnicy lekarskiej.  Stwierdziłem , że lepiej będzie na jakiś czas  ograniczyć dostęp, niż odpisywać na idiotyczne oskarżenia . Z wariatem nie wygrasz. Desipere est iurist gentium.

-

Spokojne Święta

jod11

W czwartek milionerska rodzina zaprosiła mnie na kolację. Mam wrażenie ,że darzymy się wzajemną sympatią. Rezonujemy. Godzinami możemy gadać o polityce, sztuce , muzyce. Oni wprowadzają mnie w świat tutejszych elit, ja opowiadam im o Polsce i uświadamiam zdrowotnie. Plotkowaliśmy o Lewandowskim. Nie mieli pojęcia , że zostanie ojcem , że jego Ania jest mistrzynią karate. Oni zaś obiecali poznać mnie ze swoim przyjacielem. Ma tu niedaleko posiadłość, naczelny lekarz Bayern Monachium. Gdyby porównywać do krakowskich realiów , to dzielnica , w której mieszkam to taka Wola Justowska. Gdy z okien szpitalnych pokazuję wysoko w górze dom , w którym mieszkam wszyscy rozdziawiają gęby i zastanawiają się skąd mam na to kasę. A wystarczy czasem być tylko miłym i zrobić dobre wrażenia. Miałem szczęście. Potrzebowali nie tylko lokatora ale też kogoś kto zajmie się ogrodem i będzie miał baczenie na całość posiadłości. Na drugi dzień wyjechali do swojej winnicy pod Mannheim. A na winie to oni się znają. Piją go degustacyjnie , dyskretnie siorbiąc. Staram się ich naśladować ukrywając swoje dyletanctwo w tym temacie. Nie to żebym nie umiał smakowo rozróżnić sikacza od szlachetnego trunku, ale te wszystkie nazwy Chateaubriand i inne kompletnie mi nic nie mówią. I zostałem zupełnie sam Po śmierci sąsiada z mieszkania na dole rodzina uprowadziła schorowaną , pokrzywioną jak paragraf staruszkę. A mieszkanie czeka na ewentualnych nowych lokatorów. Namawiam Bencze , żeby się przeniósł.  I tak sobie spędzam samotnie te Święta . Czytam , przycinam moje bonsaie , w nocy po raz pierwszy w życiu poszedłem na rezurekcję, odwiedzam pacjentów w szpitalu, dzwonię po rodzinie , bliższych i dalszych znajomych. Czatuję , fecebookuję i …cholera jakoś nie tęsknię.

© Medykoemigrant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci