Menu

Medykoemigrant

Los- jak drzewko bonsai..kształtowane ręką Boga.

Przykazanie

jod11

Na 15u obecnych na oddziale pacjentów nie operowałem tylko …dwóch. Czuję się trochę….wykorzystany. Kumulacja stresu sprawiła , że dopadła mnie płucna infekcja. Z dnia na dzień moje ciało odmówiło posłuszeństwa i wyjazd rowerem na górę , na której stoi mój biały domek zrobił się niewykonalny. Musiałem iść na piechotę..a i chwile odpoczynku były konieczne. Nie pamiętam kiedy wcześniej brałem antybiotyk. Czułem , że padam.

Musiało minąć prawie pół roku wzajemnego dzielenia losu , żeby Bencze puścił farbę. Od początku trochę mnie dziwiło , że tak dobrze się zna z niektórymi tutejszymi doktorami i pielęgniarkami. Zawsze gadał coś wymijająco , w końcu powiedział prawdę. On w tym szpitalu już pracował. Krótko bo krótko , ale kilka lat temu zatrudnił się na chirurgii ogólnej. Wtedy jeszcze naczyniówka była jedynie pododdziałem , a obecny mój szef nielubianym , skonfliktowanym z chirurgami ogólnymi oberarztem. Nikt z nim nie chciał pracować , generalnie groziła mu wylotka , ale pojawił się Dr Thomas, który mu pomógł i wtedy razem stworzyli ten oddział. Nie pisałem o nim dotychczas. Razem jesteśmy Ltd Ober , ale to on z szefem jest po imieniu , to on się z nim nieoficjalnie spotyka i razem gdzieś pokątnie ustalają strategie. Niepytany przestałem się odzywać. Robię swoje i czekam na koniec okresu próbnego . A gdyby chcieli mnie coś , kiedyś wykiwać to mam już parę asów i jednego Jokera w rękawie. Nie poddam się łatwo. Dobrze mi tu płacą, góry się mi podobają , a z resztą sobie powoli poradzę. Jedno sobie postanowiłem ..to będzie mój ostatni szef w życiu. Może z szefami , jest jak z kobietami. Trzeba mieć do nich szczęście. Jak z miłością..prawdziwa może być tylko jedna. Ta moja jedyna szefoska miłość miała kilka dni temu urodziny. To mój pierwszy niemiecki szef. Stara szkoła prof. Vollmara… Nie pamiętam dat urodzin moich rodziców , ani mojej siostry, ale o urodzinach tego faceta pamiętam. Łączy nas męska , chirurgiczna przyjaźń i moja wdzięczność. Gdy patrzę jak kiepsko operuje mój obecny szef, gdy patrzę na popełniane przez niego błędy zawsze przypominają się mi przestrogi tamtego , tego dobrego szefa. Kiedyś powiedział -gdy zamykasz ranę na szyji nigdy nie zszywaj mięśnia mostkowo-obojczykowego, zostaw go luzem. Nie pytałem dlaczego. Minęło 13 lat ..i już wiem dlaczego. Mój obecny szef szyje mięsień. Zdziwiło mnie to, ale nie jestem tu po to żeby go pouczać. Po jednej z takich operacji tętnicy szyjnej wołają mnie na intensywną . Że niby pacjentka ma krwawić. Rana czysta, zero śladu jakiegokolwiek krwiaka w ranie. Po dwóch godzinach wołają mnie ponownie. Dalej to samo. Po kolejnych kilku pacjentka zaczęła się dusić..robię USG i zbladłem ..krwiak był ..ale pod zeszytym mięśniem..ledwo ją uratowaliśmy. I właśnie dlatego nie wolno szyć mięśnia ..żeby krwiak rozpychał się pod skórę , a nie do środka..jedyny znany mi chirurg naczyniowy , który zszywa mięsień. Tym bardziej drażni mnie jego pewność siebie . Będąc to przez pół roku nie widziałem w jego wykonaniu ani jednej wzorcowo przeprowadzonej operacji naczyniowej , wliczając w to żylaki. Z drugiej strony przekonał się , że warto liczyć się z moim zdaniem, choć nie potrafi ukryć , że jest to torturą dla jego szefoskich ambicji i coraz częściej stara się mi udowodnić , kto tu rządzi. Strategię mam taką. Nie pytany nie gadam. Pytany mówię to co myślę w dobrze pojętym interesie pacjenta..a niekoniecznie finansowym szpitala. Problem zaczyna się , gdy mamy odmienne zdanie co do postępowania, a on rozpisuje mnie jako operatora. I tu zaczyna się sztuka dyplomacji. Właśnie leży taki pacjent. Chory z wieloletnia niewydolnością nerek dializowany. Przysłany został do nas miesiąc temu z ponoć wykrzepniętą przetoką dializacyjną. Przetoka była drożna , ale pozwężana. Próba jej wewnątrznaczyniowego poszerzenia dała mierny skutek i konieczna była operacja. I do tego momentu byliśmy z moim obecnym szefem zgodni. Gdy zobaczyłem rozpis operacyjny czar zniknął. Jeden pacjent ..i trzy operacje na raz. Rekonstrukcja przetoki , przęsło udowo podkolanowe i amputacja palucha z powodu owrzodzenia. I wszystko to jedynie na podstawie samego USG. Ponieważ resztki zaufania do jego kwalifikacji już dawno wyparowały z mojej głowy zleciłem CT Angio. Trudno , wiem że ryzykuję faszerując go kontrastem , ale ..opłacało się. Pacjent ma tzw. Calciphylacsię. Jego wszystkie , dokładnie wszystkie naczynia , włącznie ze skórnymi zamieniły się w sztywne , zwapniałe rury. Wszystkie są podobne do kruchych szklanych rurek. Wejście operacyjne w coś takiego to katastrofa. Poszedłem do szefa i pokazuję mu tomograf. Już sam fakt , że zwątpiłem w jego badanie USG był urazą. Oczywiście, żadna argumentacja nie docierała. Bypass ma być i koniec , bez dyskusji. -Nie ma sprawy, ale jeśli okaże się , że naczynia są nieoperacyjne to zdzwonię po Pana i Pan będzie kończył operację. Przyszedł czas na tajne negocjacje..jak na prawdziwej wojnie. Kilkanaście minut później chory został zdyskwalifikowany od operacji przęsła udowo podkolanowego przez..anestezjologów. Zrobiłem mu nową przetokę dializacyjną w znieczuleniu miejscowym. Już to był wyczyn. Udało się jedynie dzięki temu , że jakaś litościwa instrumentariuszka wygrzebała dla mnie gdzieś z czeluści ostatnie opakowanie szwów 7-0 ze specjalnymi tytanowymi igłami. Żeby wykonać 1 cm zespolenie zużyłem ich 4-y. Po trzech wkłuciach igła wyglądała jak gwóźdź , przy czym łebek był tam gdzie powinien być szpic. Amputowałem , też palca..a rana się goi bez problemów. Przeraża mnie tylko szef

-tego bypassu i tak Ci nie odpuszczę- powiedział.

Tu się zgina dziób pingwina. Dziś na wizycie pacjent pokazał mi wypis z Uni Klinik Monachium z grudnia u.r.- zdyskwalifikowany od rekonstrukcji tętnic w nodze.

A mój Joker? Na początku lutego poszedłem na urlop. Gdy wróciłem na intensywnej leżała pacjentka z ..martwą stopą. Pierwszy raz operowałem ją w listopadzie u.r. Poszła wtedy zadowolona do domu. Teraz patrzyłem z przerażeniem. Pacjentka kilka dni wcześniej została znaleziona nieprzytomna . Doznała udaru mózgu. Dopiero po 2-3 dniach , odwodniona została znaleziona przez krewnych. Trafiła na neurologię , a tam po kolejnych 2óch dniach zorientowali się , że z ukrwieniem nogi jest coś nie tak. Do nas trafiła na OIOM. I tak od tygodnia leżała. W międzyczasie Dr Thomas zrobił jej jakąś minifasciotomię podudzia. Dla mnie już na pierwszy rzut oka sprawa dosłownie i w przenośni była śmierdząca..ale niepytany milczałem. Kiwałem zgadzając się ze wszystkim z szefem. Do dnia gdy zapadła decyzja o amputacji. Biedna Laura zadzwoniła do mnie

-szef rozpisał mnie jako operatora do amputacji . Ty mi asystujesz..a ja nie mam kompletnie pojęcia , w którym miejscu amputować.

-Dobra Laura, idziemy do pacjentki, zrobimy jej Dopplera , popatrzmy co się tam naprawdę dzieje.

Po kilku minutach już wiedziałam. Ostra zakrzepica tętnicza. Chora powinna być operowana już kilka dni temu, i jako pierwsza wcale nie amputacja ale normalna thrombektomia. Zadzwoniłem do szefa. I znów boleśnie ugodziłem w jego szefoskie ambicje. Chciał , nie chciał musiał się ze mną zgodzić. Po południu przyszedł do mnie Bencze..

-Ale dostaliśmy przez ciebie do wiwatu. Szef nas opierdolił , że przez tydzień chodzimy wokół pacjentki i nikt zwykłego Dopplera nie zrobił. Ale ON też w końcu codziennie ją oglądał. Więc najpierw powinien się na siebie powkurwiać.

Bo najważniejsze przykazanie jest takie. Jeśli jesteś szefem nigdy nie wymagaj od innych więcej niż od siebie, inaczej zapomnij o szacunku.

Ferie

jod11

Rzadko mam okazje być sam na sam z moim już nastoletnim synem.  Przyjechał do mnie na tydzień. Pamiętam nasz pierwszy zjazd na nartach . Miał wtedy  chyba 5, może 6 lat.  Zapakowałem go w uprząż, założyłem lejce, pożyczyłem narty  i  nie patrząc na protesty  reszty rodziny wywiozłem wyciągiem na  jeden z beskidzkich szczytów. Oboje do dziś pamiętamy tę jazdę.  Trząsł się jak osika. Po przejechaniu około 200 metrów stanął , rozpłakał się i powiedział , że dalej nie jedzie.  Żadne prośby i zachęty  nie odniosły skutku. Zwiozłem go na rękach i bałem się ,że  mały zraził się do nart na zawsze. Tym bardziej , że reszta rodziny oceniła mój wyczyn jako wariactwo i daleka była od motywowania go . Dwa lata później pojechaliśmy do Włoch i zapisałem go na tydzień do szkółki, Trzeciego dnia już mogliśmy zacząć robić wypady razem. 

Narty stały się swego rodzaju enklawą . Nikt nam nie przeszkadza, nikt nie wtrąca się między nas. Jadąc na wyciągach czy w gondolach rozmawiamy o wszystkim bez cenzury , bez zazdrośnie  nasłuchującej mamy.

A mój syn jeździ coraz lepiej i pewnie. Nie boi się i pokochał to białe szaleństwo.  Na jeden dzień wkręciłem go na trening  do grupy tutejszych dzieciaków, z których część ma w przyszłości trafić do niemieckiej kadry. Na  testowej trasie slalomowej , z prawdziwym komputerowym starterem i fotokomórką mierzącą czas przejazdu, był o prawie 2 sek lepszy niż ja.

A jak nie było narciarskiej pogody jechaliśmy do Monachium. Do muzeum techniki.

-Zostań ze mną . Zapiszę cię do klubu narciarskiego, będzie nam dobrze razem.

-Narty są fajne , ale wolę się uczyć, tato.

Jestem dumny z mojego syna

Rysy na szkle.

jod11

Pracuję w korporacji. Muszę w ekspresowym tempie przewartościować swoje myślenie….albo opuścić ten szpital i generalnie Niemcy na zawsze. Kto wie , czy gdyby nie wsparcie Benczego i Laury , już bym się nie zwolnił.  Łączy nas jedno. Najważniejszy jest pacjent.  Zysk , koszty , deficyt schodzą na drugi plan. Ratuje nas to , że jesteśmy większością.  Poranne odprawy to głównie finansowa analiza każdego przypadku.  Przerażające jest jak odhumanizowana stała się tutejsza medycyna. Szef  raz w tygodniu siedzi w dyrekcji i analizuje słupki i słupeczki.  Muszę się pilnować , bo coraz bardziej  wkurza mnie to jego skomercjalizowane podejście do leczenia. Zachowuje się , jak żydowski sklepikarz , a nie lekarz. Gubi się w diagnozach, pędzi jak stary samochód po wartepach  gubiąc istotne śrubki i śrubeczki. Jak sprinter , który zapomniał zawiązać butów. Gna i się wywraca, wstaje , pędzi i znowu leży, bo mu szkoda poświęcić pół minuty na sznurowadła.

Narażanie chorych na niepotrzebne leczenie , niedokładność, naciąganie wyników tak aby spełnić kryteria wskazań do operacji zaczynają wywoływać konflikty między nami. Na razie bardzo dyskretne i niewinne. Na razie nic nikomu się nie stało, ale powoli czuję jak wzbiera we mnie złość.  Codziennie staję przed dylematem.. albo lojalność wobec szefa , albo wobec pacjenta.  Znów zacząłem klnąć pod nosem. Zawarliśmy z Bencze pakt,  cokolwiek do siebie gadamy pozostaje tajemnicą. On też powoli pęka i ma dość  wciskania pacjentom kitu.

To był ciężki tydzień. Zdominowały go dwa trudne przypadki. Pierwszy wg szefa miał być banalny , ale już pierwsza rozmowa z pacjentką dała mi do myślenia, że coś jest nie tak. Gdy przedstawiłem swoje wątpliwości na odprawie zbył mnie i z pewnością w głosie oznajmił , że swojej diagnozy jest pewny. Gdy otworzyłem chorą  straciłem panowanie. Nic się nie zgadzało. Zadzwoniłem do niego z bloku , przedstawiłem sytuację i poprosiłem o radę..

-i,,ww,fru…yyyy…eeee.. sam coś wymyśl

Drugi to była chora z niedrożną aortą. Bencze się rozchorował . Chciał nie chciał do asysty stanął mi szef. Szybko , chaotycznie..oczywiście narzucił mi swoją koncepcję. Zaufałem mu..i…znów  się zawiodłem .  Kolejna laparotomia ,tym razem spokojnie z Laurą..i  udało się. Wyprzepraszał mnie potem , wyusprawiedliwiał się, nająkał.

-Nie ma  sprawy szef.

Robią się pierwsze rysy na szkle.

W kakofonii życia

jod11

Weekend był chyba formą zaliczki. Czeka mnie trudny tydzień. Liczba pacjentów rośnie . Szef zaciera ręce , poklepuje mnie po plecach , jak może kadzi i najgorszą robotę spycha na mnie. Patrzę na niego i widzę siebie za 10 lat. Rozbiegane, nerwowo członki, mowa wyprzedzająca myśli.  Koncentracja na  nic niewnoszącym pijarze.  Nie jest łatwo być ordynatorem oddziału zabiegowego. Trzeba mieć nie tylko gigantyczne doświadczenie i wiedzę , ale i odporność  amerykańskiego snajpera pozostawionego  samemu sobie w tłumie Talibów.  Gruba skóra , dystans i odwrażliwienie. Inaczej nerwica jak w banku.

To nie była udana impreza. Typowo takie imprezy w niemieckich szpitalach odbywają się w listopadzie i grudniu. Mają być zwieńczeniem całorocznej pracy . Igrzyskami integrującymi  personel. W moim szpitalu coś takiego organizuje się w styczniu. Ze wszystkich w jakich do tej pory uczestniczyłem ta była najgorsza. Jakaś przepompowana. Zamiast dać ludziom normalną muzykę , DJ eja i  poszaleć , ktoś wymyślił kilkunastoosobowy big band. Grali nieźle. Ale nie tego oczekuje średni personel medyczny. Ciężko się wyszaleć przy standardach w stylu Glena Millera. Efekt był taki, że do północy mało kto dotrwał. Bencze zmył się koło dziesiątej wymawiając się chorobą córki, a niedługo potem Laura odwiozła mnie do domu. Musiałem jej trochę pomóc dostać się do samochodu. Wybrać się na styczniową imprezę, przy minus kilkunastu stopniach w sandałach na 15 cm obcasie i z odsłoniętym dekoltem do wyrostka mieczykowatego to trzeba mieć fantazję. Równie dobrze mogła przyjść w łyżwach figurowych.

W sobotę przeniosłem część moich klamotów do nowego mieszkania. Mój dobytek, podobnie jak życie emocjonalna,  jest już  teraz totalnie rozsiany. I chociaż nie widzę  by w najbliższej perspektywie miało się to zmienić to ducha optymizmu nie tracę.

Niedziela była piękna. Słoneczny , mroźny wyż. Pojechałem kilkadziesiąt kilometrów na wschód do Garmisch Partenkirchen. Chciałem dokonać pewnego prywatnego rozliczenia. Po raz pierwszy odwiedziłem te okolice w 1996 roku. Wtedy , bez grosza przy duszy, podjechałem do dolnej stacji kolejki na Zugspitz. Bilet kosztował 50 Marek. Dla młodego lekarza z Polski to była kwota nie do przeskoczenia. Jak ja cholernie zazdrościłem tym niemieckim dziadkom , którzy wsiadali i znikali gdzieś tam wysoko we mgle. A teraz…mogłem sobie pozwolić na cały dzień w słońcu i na nartach.  W pajęczynie wyciągów i wyratrakowanych nartostrad była mała kapliczka. W kakofonii rozradowanego tłumu, skocznej muzyki z barów,  dźwięk dzwonu wzywającego na południową modlitwę zabrzmiał naprawdę jak biblijny głos wołającego na pustyni. Modlitwę prowadziła młoda dziewczyna. Przedstawiła się jako kościelna referentin. Ubrana w białą , długą komżę modliła się tak pięknie i autentycznie, że wielu naszych księży mogło by się uczyć.

Koniec ferii

jod11

Zasypało moje Alpy. Nigdy nie marzyłem nawet o tym , żeby na nartach jeździć do pracy. W porównaniu z krakowskimi dyżury ..tfu,tfu ..są tu bardzo spokojne. To jedna z olbrzymich zalet nowej pracy. A z tej zalety wynika kolejna , że mimo dyżuru mogę wziąć pod pachę narty i iść na stoki. Szpital mam w zasięgu wzroku , więc jakby co to wystarczy zrobić jeden wiraż więcej  i już jestem na miejscu.  I nikt nie widzi problemu w tym , że dr w plastikowych , tłuczących się  jak wóz drabiniasty butach  do szpitala wchodzi.

To już ostatnie  tygodnie w moim pensjonacie. Kończę z feriami. Przenoszę się do śnieżno białej willi. Naszpikowanej elektroniką i inteligentnymi systemami. Właścicielem całości jest pewien niemiecki milioner.  Dom podzielony jest na trzy mieszkania. Jedno zajmuje on ze swoją milionerską żoną.  Urządzone z niesamowitym smakiem i przepychem. Drugie 70 metrowe będę wynajmował ja. Jest w podobnym stylu. Trochę jakby z odpadów  tego co kupili  urządzając własne gniazdko.  Trzecie mieszkanie zajmuje para starszych osób , których nie miałem przyjemności jeszcze poznać. Monitorowany ogród, nocą rozświetlony jest dziesiątkami  zakamuflowanymi lamp.  Będę miał gdzie trzymać moje bonsaie.  Większą część roku milionerska rodzinka spędza gdzieś w świecie . Wyraźnie im spasowałem , żeby mieć na oku ich włości. Stąd cena wynajmu jak na tutejsze warunki..no prawie darmo.

Dom położony jest na zboczu . Jakieś 100 metrów niżej leży mój szpital. Gdyby przerzucić stalową  linę to mógłbym  codziennie do pracy podróżować niczym Tybetańczyk  na zakupy, podwieszony w jakimś wiklinowym koszu.  Równie dobrze mógłbym zrobić spadolotniarski patent ,startować z tarasu i lądować tam gdzie helikoptery.

Arabska sprzątaczka

jod11

 

Po całym dniu jazdy dotarłem do mojej alpejskiej doliny. Byłem zły  i zmęczony. Jadąc z Wiednia postanowiłem odwiedzić  Innsbruck. Za parę tygodni , na ferie zimowe  przyjadą do mnie moje dzieci. Właściwie chyba bardziej one robią mi łaskę tym przyjazdem , niż ja im radość . W każdym razie przegapiły tanie wyprzedaże biletów lotniczych do Monachium. Przyjadą pociągiem do Innsbrucka.  Chciałem przetestować trasę . Zobaczyć gdzie jest dworzec , jakie są możliwości parkowania. Taka nadgorliwość  zestresowanego tatusia. Już po zmroku , kierując się na zachód w kierunku granicy szwajcarskiej  pokonałem kilka  pokręconych tras alpejskich żałując  , że nie mogę podziwiać widoków , a jednocześnie oddychając z ulgą , że zima jest małośnieżna. W końcu dotarłem do  mojego szpitala.  Tę jedną noc byłem bezdomny. Moje mieszkanie okupowali noworoczni goście, którzy rezerwacji dokonali długo przed tym jak ja się pojawiłem.  Wszedłem do dyżurki  . Na monitorze mojego komputera miałem przyklejone zdjęcie.. uśmiechniętego..ciasteczkowego  potwora. Od razu pomyślałem , że to Laura za cichą akceptacją Bencze….

-i jak tu was nie kochać?- pomyślałem  i uśmiechnąłem się

Rozłożyłem matę na podłodze , przebrałem w ciuchy operacyjne i skulony zasnąłem przytulając głowę do plecaka.

Gdzieś  koło czwartej wybudził mnie szelest pod drzwiami. Wypowiadane po arabsku słowa, drzwi otworzyły się  i weszła sprzątaczka w wyraźnie za dużym, pomiętym fartuchu.

Na moje guten  morgen zareagowała tak jakby zobaczyła ducha . Stanęła ,głośno  zajasnocholerowała   i wycofała się rakiem wykrzykując  coś po arabsku.

Pies cię lizał –pomyślałem i zasnąłem.

Jeszcze nie teraz

jod11

Tydzień spędzony w Polsce uświadomił mi w jakim stanie jest moje życie. Rozbite na wrogie sobie fragmenty, różne tożsamości mentalne. Zaczynam się gubić , niczym moje rzeczy osobiste. Sam już nie wiem co mam w Krakowie , co w moim domu na wsi, a co trzymam w pudłach w Niemczech. Pozrywały się mi kotwice i cumy , o których kiedyś pisałem , a nowych jeszcze nie zarzuciłem. Dryfuję więc, jak okręt bez steru i żagla. Zamiast wzmocniony wracam z Polski rozbity.

Jadąc na Święta odwiedziłem moich przyjaciół pod Norymbergą. Wchodząc tam wita mnie zawsze uśmiech i trójka wyluzowanych , bosych i często brudnych dzieciaków , którzy obwieszają się na mnie przekrzykując wzajemnie –Onkel Jodek. Potem Filip wyjmuje skrzypce , niewiele większe od karki A4 i z miną wirtuoza rzępoli , ale z takim zacięciem i pasją z jaką tylko prawdziwy naturszczyk może grać.

A kilka godzin później staję pod domem w Polsce. Wyjmuję z plecaka organki i pod drzwiami zaczynam grać kolędy. Słychać tupot nóg i krzyki

-kolędnicy , kolędnicy przyszli

Drzwi się otwierają , ale zamiast radości widzę zawiedzioną minę syna

-E…To tylko tata.

Nie wiem czy to co prezentuje moja rodzina to złość na to , że ponownie wyjechałem , czy bardziej na to , że jeszcze od czasu do czasu wracam. Sam też czuję , że przestaję tęsknić za nimi. Z drugiej strony , nie wyobrażam sobie całkowitego zerwania kontaktów..jeszcze nie teraz.

Wiedeński Sylwester

jod11

Zglobalizowany , roztańczony i rozśpiewany tłum opanował Wiedeń.  Wyższe sfery bawią się na balu w Hoffburgu. Podjeżdżają limuzynami. Artystyczne dzieła wiedeńskich  krawców i  fryzjerów, niczym buddyjskie mandale nie przetrwają próby czasu i do rana stracą wiele na swojej pięknocie. Na ulicach wokół Stephanplatzu rozstawili się sprzedawcy  świecącego i migającego badziejstwa oraz różnorodnego, wysokokalorycznego  jadła tudzież pseudoszampańskich trunków. Ja też dałem się ponieść  ludzkiej fali w takt latynoskiej muzyki.  Przydreptując z nogi na nogę zastanawiałem się gdzie będę za rok. Przewidywalnie mogę mieć dyżur..albo znów czymś los zaskoczy. Lepiej nie myśleć co będzie .

Mnie udało się dostać na próbę jutrzejszego koncertu noworocznego w  Wiedeńskim Towarzystwie Muzycznym. Wcisnąłem się w grupę Japończyków. Złota Sala urzeka przepychem i  atmosferą starego  Wiednia. Tutaj nikt się nawet nie domyśla , że rośnie im konkurencja..w Polsce. W małej wiosce Lusławice....najbliższy koncert 14 stycznia. Szczena opada.

Wszystkim , którzy tu zaglądają spełnienia marzeń i realizacji planów. Do siego.

Próżność

jod11

Próżność to rodzaj pychy. Jakby nie było to pierwszy z grzechów głównych. Każdy mój przyjazd do kraju na dłużej niż 2-3 dni stanowi dla mnie wielką pokusę bycia próżnym. Jestem świadomy tego co czuję,  wiem , że to pycha, staram się to tłumić, ale i tak wygrywa grzech. A może to tylko nasza kultura ubrała ten rodzaj uczuć w grzeszne szaty , a tak naprawdę to dzikie poczucie tłumionej satysfakcji ma jakąś istotną rolę w ewolucji i utrzymaniu ciągłości naszego gatunku. Próżnym czynią mnie pacjenci.  Tu w kraju nie jestem związany żadnym kontraktem. Jednak w dalszym ciągu mam zarejestrowaną działalność gospodarczą. W Niemczech zarabiam wystarczająco dobrze , żeby nie musieć już dorabiać . A mimo to zostawiłem sobie furtkę . Czynię tak z kilku powodów. Po pierwsze fortuna kołem się toczy i nigdy niczego nie można być w życiu pewnym. Zawsze trzeba mieć w zanadrzu na życie plan B a nawet C . Tak na wszelki wypadek. Po drugie operując przez te parę lat w Polsce czuję się zobligowany do kontynuacji opieki nad tymi  ludźmi. Mam świadomość ile upokorzeń może ich czekać jeśli zwrócą się do kogoś innego

-Kto Pana operował ? Dr Jod? To se go Pan szukaj.

-No tak , ale go nie ma , on wyjechał

- I co , przecież to nie jest moja wina , dlaczego niby ja mam się teraz Panem zajmować ?

Znam te teksty.

A po trzecie..jestem ..próżny… i mam nieprzyzwoitą satysfakcję , gdy mogę się wykazać, gdy czuję jak moja legenda rośnie.. jak mi ludzie kadzą…jak słyszę o mnie  niestworzone rzeczy, jak w autobusie czy na ulicy ludzie opowiadają na mój temat przypowieści dziwnej treści, plotki jak kula śnieżna obrośnięte nieprawdą bujnej  wyobraźni. A tak naprawdę nie robię żadnych cudów. Próżnym czynią mnie tacy pacjenci jak ten rolnik , którego dziś przyjąłem.

Typowe owrzodzenie żylne niegojące się od…15 lat! Przyniósł chłopina do mnie worek z „ maśćmi”, które od lat z różnym skutkiem stosuje. Pończochę uciskową ma , ale nie używa , bo od razu ma swędzącą wysypkę, a rana zamiast mniejsza robi się bardzie obrzmiała i zaczerwieniona. Przebadałem go . 

-Miał Pan kiedykolwiek pobierany wymaz z tej rany ? Wie Pan co za badziejstwo w niej siedzi? -Zapytałem

- Nie. Panie tylko mi te maści dermatolog dawał i po nich przez chwilę było lepiej. Przestawało swędzieć i boleć-  zaczął mi odpowiadać

Pobrałem wymaz, zrobiłem jego komórką zdjęcie pamiątkowe owrzodzenia..tak żeby miał na przyszłość do porównania. Wykonując już tylko te dwie rzeczy jego wzrok zaczął łechtać moją próżność. Widziałem ten kuszący podziw .

Jedynie  co  nie mogłem wybić mu  z głowy to te maści.

- Jak Panu krowa zachoruje to ma Pan zmartwienie. I co z tym można zrobić? Albo napić się wódki, bo jest dobra na wszystkie smutki.. albo wyleczyć krowę. Więc te maści są jak ta wódka. Zresztą stosuje je Pan od lat i nic. Tylko przestaje swędzieć i boleć ..ale krowa jest dalej chora.

I to go przekonało. Wyszedł ode mnie z antyalergicznym opatrunkiem uciskowym , z wyżelowaną raną i piankowym plastrem. Do tego dostał namiary na kolegę z tut szpitala co mu lepiej lub gorzej zoperuje żylaki.

Dla mnie to nie był żaden cud..a moja próżność była usatysfakcjonowana jego nieskrywanym podziwem.

Strefa zagrożona wybuchem

jod11

Cholernie ucieszył mnie ten telefon. Rodzice wyjechali do siostry na Święta . Przez śnieg i gołoledź zostali tam zabetonowani na trzy dni.  Miałem pretekst by prawie całe Święta przesiedzieć w ich domu. Ktoś musiał zając się starym Lampo. Poczciwy Lampo. Za  mojego dzieciństwa  każdy chciał mieć  Szarika. Moja córa miała 7 lat gdy kupiłem jej tego psa.  Przeczytała „ O psie , który jeździł koleją” i zamarzyła o Lampo, po wł. Błyskawica. Po paru miesiącach psia atrakcja przestała być atrakcyjna  i Lampo zaczął na spacery wyprowadzać mojego ojca. Stali się nierozłączną parą, a kondycja i zdrowie  mojego taty uległy radykalnej poprawie. Nawet jak na labradora nieprzeciętnie inteligentny pies.  Dawniej to ja go nie mogłem dogonić, teraz biedny stary Lampo patrzył na mnie błagalnym wzrokiem bym to ja za szybko nie gnał.

Dom moich rodziców stoi na starych magnackich włościach, które w ramach powojennej reformy rolnej uległy parcelizacji. Po drugiej stronie drogi jest  , pięciohektarowy park otoczony z jednej strony ceglanym murem. Od północy i zachodu naturalną przeszkodę stanowi szeroka na 10 metrów rzeka , a od wschodu postawiony w latach 60 ych  metalowy płot.  Wewnątrz tego parku jest pałac. Wybudowany na początku XIX w w stylu włoskim.  Magnacka fortuna , która gościła wszystkich możnych  okresu międzywojennego z Piłsudskim i Paderewskim na czele. Bywali premierzy i ministrowie, aktorzy  i sprowadzane z Krakowa kurwy. Miejscowe były zbyt przaśne by zadowolić hrabiowskie lędźwia. W czasie wojny Niemcy z pobliskiej stacji doprowadzili tory kolejowe i urządzili  magazyny amunicji. Gdy zbliżali się Rosjanie  część wywieźli , część wrzucili do dworskich stawów , a resztę wydupczyli w powietrze w pobliskim lesie zostawiając olbrzymi krater. 

Po wojnie pobliskie chłopy , w tym i mój dziadek , za cichą zgodą władzy rozszabrowali dorobek magnaterii, ziemię  rozdano , a pałac zasiedliły sieroty. Taka socjalistyczna kara dla magnackich murów , które były profanowane sierocym gównem. Po spustoszeniu dokonanym przez okolicznych zostały jedynie wielkie kaflowe  piece , solidne dębowe schody  i parkiety , których nie dało się wyrwać.  Powstał bidul .W latach 80ych stał się trochę moim domem.  Generalnie wstęp był wzbroniony, a i opinia chodząca po wsi była taka , że lepiej tam swoich dzieciaków nie puszczać.  Jakoś mnie zawsze tam ciągnęło. Zaprzyjaźniłem się z synem dozorcy , który mieszkał w dawnej powozowni  i to on wprowadził mnie w bidulowe środowisko.  Grałem z nimi w piłkę,  kąpałem w rzece.  Wiedzieliśmy  gdzie wystarczy kopnąć dwa razy sztychówką by dokopać się do  przerdzewiałych łusek, a przy odrobinie szczęścia  trafił się i granat moździerzowy albo rozsypująca maska p/gazowa.  A było i takie miejsce gdzie schowane mieliśmy całe kapiszony wypełnione cienkimi jak ołówek laskami prochowymi. Układaliśmy je w rzędach jedna za drugą i podpalali niczym lonty. Oczywiście to wszystko w tajemnicy. Nikt z nas nie myślał o oberwanych rękach i chyba cudem nikomu nigdy nic się nie stało.

I był chłopak , którego pamiętam jak przez mgłę. Przezywaliśmy go Małpa. Miał cyrkową zdolność wchodzenia na drzewa. Szukaliśmy tych wysokich , na skarpie tuż przy rzece. Najlepiej takich pochylonych nad nurtem. Małpa się wspinał,  na samym czubku przyczepiał stalową linę i niczym Tarzan przelatywaliśmy na drugą stronę. Oczywiście wychowawcy wściekali się o te loty i niszczyli nam te bezatestowe huśtawki. I była stara Eleonora. Miała chyba ze sto lat. Jako młódka służyła u hrabiego, po wojnie gotowała sierotom , a na starość przychodziła z sentymentu. Siadała z papierosem  i niezależnie czy ktoś ją słuchał gadała sama do siebie.

-Zapierdalajcie kurduple , obsrańcy i  obszczymurki. Nawet nie wiecie po czyich śladach biegacie –tak czasem do nas gadała.

A czasem przysypiała i śmiała się sama do siebie. Jej przeorana zmarszczkami twarz wyglądała jak Wielki Kanion widziany z kosmosu.

I wszystko się skończyło . Ja poszedłem na studia , a zaraz po roku 1990 pojawili się potomkowie starych właścicieli. Zajeżdżały dziedziczki  w wielkich jak sombrero kapeluszach wywołując salwy śmiechu wiejskich bab.  W końcu cały park z rozwalającym się  pałacem kupiła jakaś prywatna firma. Zaplombowano dziury w ogrodzeniu, postawiono ochroniarzy i wielkie tablice z napisem wstęp wzbroniony. I tylko plotki chodziły o tym co się tam w środku dzieje.

Od tego czasu nigdy tam nie byłem , aż do teraz.  Wziąłem Lampo i mówię

-wiesz co piesku idziemy do parku

Nie myliłem się  przeczuwając , że od strony rzeki znajdę lukę w ogrodzeniu . A gdyby mnie zatrzymała ochrona przygotowaną miałem śpiewkę o sentymencie , o tym  że się w tym pałacu jako sierota wychowałem , a jak mi nie uwierzą , to podam takie szczegóły architektoniczne , które może znać tylko ktoś, kto spędził tam kawałek życia.

Pałac to dalej ruina . Jedynie co zrobił nowy właściciel to nowy dach. Ale brzydki , blaszany, zgnitozielony. A kiedyś to była miedź, z czasem stopniowo zastępowana łatami zwykłej blachy. Jedynie co mnie zachwyciło to stawy. Wykarczowane, wyczyszczone i..odminowane. Nieraz leżąc pod starymi dębami jako dzieciaki marzyliśmy o tych stawach. Że gdyby tak wyschły , to dopiero byśmy mieli  arsenał. W miejscach gdzie dawniej kopaliśmy amunicję dziś stoją tablice „zagrożenie wybuchem”. Śmiejąc się sam do siebie pomyślałem , że muszę sobie taką kupić i powiesić na płocie w swoim domu.

 

Tajný život stromov

jod11

http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/11583,1,prof-leszek-kolakowski-o-tym-co-jest-wazne-w-zyciu.read

Mam przyjaciela. Mam wielu przyjaciół..na szczęście. Ale dziś o Milanie.

Jest skromny, radosny, spokojny i jest jednym z najlepszych bonsaistów świata. O takim człowieku mówi się , że ma się zaszczyt go znać. Nie powiem wam gdzie dokładnie mieszka  bo już byli tacy  psudobiznesmeni co chcieli go komercyjnie wynaciągać i prawie mi tą przyjaźń roz…bali.

Pewien niemiecki leśniczy o dużo znaczącym nazwisku ( Wohlleben-czyli tłum.mniej więcej „pięknie żyjący”) napisał książkę o drzewach, o ich bólu, trosce o potomstwo..tak..wg niego drzewa mają duszę, co potwierdza naukowo. Tytuł „Sekretne życie drzew”. (Tajný život stromov)

I tak w ten świąteczny dzień nieznając słowackiego , ze słownikiem w ręku  wszedłem na stronę pierwszej lepszej słowackiej księgarni i kupiłem Milanowi wersję słowacką. To taka fajna twarz globalizacji jak można siedząc w zapadłej beskidzkiej  wsi  zrobić niespodziankę przyjacielowi. Nigdy mu niczego w ten sposób nie wysyłałem …mam nadzieję , że będzie wstrząsająco ale miło zaskoczony. A natchnął mnie ten wywiad z Kołakowskim.

Cookie Monster

jod11

Na ostatnią przedświąteczną odprawę Laura przyniosła własnoręcznie upieczony sernik. Dla mnie miał on szczególne, niemal magiczne znaczenie. Jak świąteczny opłatek. Ten sernik to zwieńczenie moich ostatnich  trzech miesięcy pracy  i mam nadzieję ,że dobra wróżba na kolejne. 

Pacjentka G , 64 lata,  przyszła do nas kilka dni po tym jak zacząłem swoją kolejną emigracyjną przygodę. Zaniedbana alkoholiczka  z zaawansowaną neuropatią .  Gdyby żyła w Średniowieczu pewnie by ją dawno spalono  na stosie.  Bo jakby wtedy wytłumaczono brak jakiejkolwiek reakcji bólowej ?  Miała tak zaawansowane toksyczne uszkodzenie nerwów obwodowych , że jej stopy można by było żywcem wsadzać w ogień, a ona by uśmiechnięta siedziała i mówiła , że łaskotkami też nikt nic nie wskóra. W efekcie przez kilka tygodni nie zauważyła , że coś  złego z jej nogami  się dzieje. Przyszła do nas z rozległą ropowicą  stopy. Przez dziurę wielkości monety pięciozłotowej  wystawały zdeformowane , objęte procesem zapalnym kości.  Wszyscy orzekli , że noga jest stracona. Nawet jeśli się uda udrożnić tętnice to i tak trzeba będzie upieprzyć poniżej kolana.  I wtedy stojąc obok Laury wyszeptałem 

-ja jej tę nogę uratuję.

-Nie dasz rady – wyszeptała Laura

-Zakład?

-Stoi.

Operowałem ją kilka razy.  Kawałek stopy też musiałem usunąć , ale do domu na Święta poszła na własnych nogach.

-A właściwie to o co żeśmy się założyli?- zapytała Laura

Też nie pamiętałem.

-Jak dla mnie może być sernik

Kiedyś, 15 kg temu,  w krakowskim szpitalu miałem przezwisko..ciasteczkowy potwór. Powiedziałem to Laurze. Uśmiała się  i.....  znów zostałem Cookie Monsterem

Święta za pasem.

jod11

W chirurgii sukces ma wymiar bardzo krótkodystansowy. A w chirurgii  naczyniowej , to już w ogóle zwykle nie warto się zbytnio cieszyć. W 1995 albo 1996 zdawałem w Krakowie jedynkę z chirurgii ogólnej.  Po  części oficjalnego odpytywania przyszedł czas na swobodne dywagacje.  Już wtedy myślałem o naczyniówce. Świętej pamięci docent Cencora przestrzegł mnie ,że w tej dziedzinie radość szybko zamienia się w łzy. Ta przestroga była ze wszech miar słuszna. Przez  lata praktyki nauczyłem się tłumić radość.  Satysfakcja po udanej skomplikowanej operacji jest jak błysk  spadającego meteorytu na  nocnym nieboskłonie. Za chwilę kolejny zabieg i o całej przeszłości trzeba zapomnieć. Koncentracja , gonitwa myśli , czasem rozpacz , zniecierpliwienie , godziny walki i ulga ..jeśli się wszystko uda. Tak jak dzisiaj.

Prawo serii. Kolejny pęknięty, 9 cm,  tętniak aorty brzusznej przyjęty w nocy.  Dr Tomas z nieskrywana ulgą ,że pacjent dotrwał do rana oznajmił mi , że dobrze by było żebym się  nim zajął.  Chory 85 lat, ogólnie w  dobrym stanie, stabilny. Tętniak co prawda pęknięty  , ale naturalna plomba z tkanek zaczopowała miejsce perforacji. Warunki  może nie optymalne , ale dostateczne , żeby wykonać zabieg wewnątrznaczyniowy. W takich sytuacjach wracam pamięcią do mojego krakowskiego szpitala. Wypchane sprzętem szafy, komputer z programem za kilka tysięcy euro do wymiarowania stentgraftów,  wypasiona sala hybrydowa. A tu co mam? Parę protez  do zaopatrzenia monoiliakalnego, taki sobie rentgen, jakąś pojedynczą koszulkę 14 F  , przez którą nie przejdzie zadem stentgraft. Po prostu  endowaskularna , piszcząca bieda.  Wymiarowanie zrobiłem na piechotę.  Przedstawiciel  firmy produkującej stentgrafty chyba nie był zachwycony pobudka o 7 ej rano.   Dwie godziny później miałem wszystko co potrzebowałem. A potem było trzy godziny walki.. i znikąd pomocy. Gdy walczyłem z upartymi cewnikami i drutami , które za żadne skarby nie chciały wchodzić tam gdzie powinny myślałem o moim drogim przyjacielu ze Śląska, co on by zrobił i jaki cewnik użył. Bo tutaj na niczyja pomoc liczyć nie mogę. Szef w międzyczasie gdzieś po Sali przeleciał , jakby nie wiedział , ze za niego odwalam robotę.  Dopiero na odprawie udał zaskoczonego , że pacjent prywatny.  Udało się. To już drugi pęknięty tętniak w ciągu paru dni , który przeżył.

Pod koniec odprawy szef zaczął się cos mieszać, zaczął gadać półsłówkami. W końcu wypalił.

-Jod. Profesor X ze szpitala w Obersdor napisał do mnie list. Kopię masz w swoim fachu.

Tak tu nazywamy nasze imienne skrzynki na korespondencję.

Treść listu brzmiała tak:

„Na początek pragnę podziękować za szybką i skuteczną interwencję kilka dni temu.

Operowany przez Dr Jod pacjent trafił do naszego szpitala we wstrząsie spowodowanym pękniętym tętniakiem aorty  do wolnej jamy otrzewnowej . Od razu przystąpiliśmy do operacji wykonując laparotomię i tamując krwawienie. Po przetransportowaniu helikopterem Dr Jod kontynuował operacje i zaopatrzył  aortę protezą naczyniową. Niestety dotarły do mnie od wielu osób skargi. Dyskusyjne dla dr Jod było zaopatrywanie tętniaka na otwarto , a nie metoda wewnatrznaczyniową.”

I to prawda  bo tak idealny do zaopatrzenia wewnątrznaczyniowego tętniak trafia się raz na kilka lat. Ani złośliwie , ani zaczepnie , po prostu zapytałem dlaczego zdecydowali się na laparotomie a nie leczenie wewnątrznaczyniowe?  Prawdopodobnie tą uwagą uraziłem dumę  profesora X , który jest światowej sławy ….chirurgiem…. urazowym , o czym dowiedziałem się już po fakcie.

„Dr Jod był zdania , że leczenie wewnątrznaczyniowe było bardziej optymalne  co odebrałem jako otwarta krytykę moich decyzji.  Pragnę podkreślić , że pacjent dotarł do naszego szpitala we wstrząsie, a brak  endoprotez wykluczał leczenie wewnątrznaczyniowe”

I tu ponownie muszę wtrącić. Moja dygresja była czysto teoretyczna. Pacjent trafił do tamtejszego szpitala w godzinach porannych z chyba niejasnymi objawami , bo w pierwszej kolejności wykonano CT…..ale ….głowy.  Operacja aorty zaczęła się ok. 13:00 . I dalej pisze prof. X tak

„Uważam za krytyczne uwagi  ze strony Dr Jod co do braku szwów naczyniowych” Profesor X  jako urazowiec pewnie nie wie , ze standardowo aortę szyje się szwem 3-0 z podwójną igłą. A takiego szwu na stanie szpitala w Obersdor nie mieli. Więc co miałem tryskać radością Zeszyłem w końcu szwem 2-0 z pojedynczą igłą co robiłem pierwszy raz w życiu. Ale gdy w czasie szycia ściana aorty zaczęła pękać  to posypało się z moich ust …delikatnie mówiąc kilka niecenzuralnych uwag. I dalej list.

„ Tutaj pragnę zwrócić uwagę , że już od dawna proszę Pana o dostarczenie listy zakupów jakie powinien poczynić nasz szpital , żeby odpowiednio zaopatrywać przypadki naczyniowe. Jesteśmy gotowi kupić wszystko czego Państwo potrzebujecie. Już od dłuższego czasu zwracam uwagę , że nie jestem zadowolony z zabezpieczenia naczyniowego jakie Państwo mojemu szpitalowi oferujecie”

To wycieczka do mojego szefa, którą zostawiam bez komentarza. Zbyt , krótko tu pracuję, żeby się w tej materii wypowiadać.

„ Dr Jod zachowywał się niczym lekarz z poprzedniego stulecia. Stresował  zespól instrumentujący. Niezależnie od  pozycji w hierarchii w moim szpitalu obowiązują inne standardy”

Zgadza się . Gdy ostatnia kropla wolnej adrenaliny opuszcza nadnercza puszczają nerwy. W sytuacji maksymalnego stresu , maksymalnej koncentracji , gdy po raz kolejny człowiek słyszy: nie ma . Nici nie ma, pensety naczyniowej – nie ma . Haków automatycznych- nie ma, znaczy się są ale do zaopatrywania kości.  Wokoło popierdolone  sławy, obcy szpital , umierający pacjent… Nie posądzam tego instrumentującego gostka o prowokacje ale gdy zobaczyłem ,że facet na stole z narzędziami kładzie….piłę ..poniosło mnie.

-Panie ..ja potrzebuje  sprzętu do zaoptrzenia naczyn..nic nie macie ..chociaż tą piłą mnie nie drażnij. Na cholerę będzie mi ta piła potrzebna.

 

Rozmawiałem o tym liście z moim szefem. Potem  na świątecznym spotkaniu zaczepił mnie dyrektor szpitala. Wszyscy przede wszystkim mi gratulowali. A tak naprawdę sprawa ma podtekst ..polityczny. Prof. X chce , by w jego szpitalu powstał oddział naczyniowy i szuka pretekstu.

Najważniejsze , że pacjent  do dziś , żyje i ma się coraz lepiej.

Jutro lub pojutrze mam z dyrektorem odpisac na ten list. Szkoda , że nie mam tu opłatka. Posłałbym im do tego Obersdorm  z serdecznymi życzeniami. Nie warto atakiem odpowiadać na atak..w końcu Święta za pasem.

 

 

Wyłom

jod11

Wczorajszy dzień zaczął się jak każdy inny. Wizyta o siódmej , potem odprawa i operacje.  Nic nie zapowiadało jakiegokolwiek wyłomu w codziennej rutynie. Najpierw poszliśmy z Laurą robić przeszczep skórno mięśniowy . Pasuje m i ta Laura. Polubiłem ją jak córkę.  Tryska optymizmem i jest na tym etapie swojej zawodowej drogi , że wszystko ją cieszy. Wszystkiego chce dotknąć i wszystkiego skosztować  .  A jeszcze jak może  pochwalić się tym, czego jako przyszły chirurg plastyczny już się nauczyła,  jest po prostu wniebowzięta.  Ja też mam satysfakcję , że skutecznie walczę z samym sobą , żeby nie stać się wszystkowiedzącym „Leitendenoberarztem” , takim co wchodzi na oddział i tylko pokazuje palcem .  A potem z Bencze zaczęliśmy robić „żyglaki”. Myślami byłem  już na swoim rowerze , gdy zadzwonił telefon.

W moim kontrakcie pogrubioną czcionką stoi jak byk, że w każdej chwili mogę być oddelegowany do pracy w innym szpitalu. To „ w każdej chwili” jest brutalnie dosłownie.  Od wczoraj wiem , że to ma wymiar minutowy.

-Dr Jod ma się pan rozmyć . Leci po pana helikopter. W szpitalu w Obersdor otworzyli pacjenta z pękniętym tętniakiem aorty- z pewna zazdrością w głosie powiedziała pielęgniarka.

Bo kto by się nie chciał przelecieć helikopterem nad Alpami.

Juz parę razy wystałem się na lądowisku, tylko po to żeby się dowiedzieć , że pacjent gdzieś  tam  jednak zszedł , a helikopter zawrócił. W takich chwilach z jednej strony czułem  żal , bo przecież szkoda tego lotu, z drugiej zaś ulgę bo lepiej , że zgon nastąpił zanim się pojawiłem i nikt nie będzie miał do mnie pretensji. Bo najbardziej dołująca dla każdego chirurga jest sytuacja gdy na stół kładą żywego pacjenta a wywożą nieboszczyka.

Tym razem się udało. Piękny , żółty eurocopter  EC 135 pojawił się nad moja głową. Taki sam jaki lądował często na dachu mojego krakowskiego szpitala. Jakiś facet w hełmie i czarnych goglach  wciągnął mnie do środka , zapiął czteropunktowe pasy, założył  mi słuchawki wyciszające i wystartowaliśmy. Odczucie takie jakby człowieka ktoś posadził na wielkim młynku do mielenia kawy. Przelecieliśmy nad szpitalem , nad moja alpejska doliną , a potem nad ośnieżonymi  szczytami. Oślepiający błękit nieba  i spokój monumentalnych skalistych , lekko przyprószonych wierzchołków  wyciszył stres czekającej mnie operacji. Lot trwał krótko. Zaledwie 15 min. I lądowanie. Prowadzony przez jakąś kobietę przebiegłem korytarzami zupełnie mi obcego szpitala. Sluza , szybka przebierka w ciuchy operacyjne i sala. Rzut oka na zdjęcia z tomografu i…już wiem. Dam radę.  Myjąc się jakaś anonimowa pielęgniarka wyszeptała za mną.

-Ten  przy stole z prawej to prof. X , ten drugi to docent Y.

 Obaj otworzyli brzuch i od kilkunastu minut na zmianę rękami tamowali krwawienie. I są chwile kiedy naprawdę mam dziką satysfakcję. Gdy  alpejski profesor patrzy na mnie jak na zbawiciela ..na prostego chirurga z Polski , bez doktoratu.

Ale najważniejsze , że pacjent przeżył…. i  wczorajszą operację i dzisiejszy dzień.

Szarańcza

jod11
Ostatnie cztery tygodnie cieszyłem się ciszą i pustką pensjonatu. Nie drażniły mnie zapachy z restauracji na parterze. Zastanawiam się co oznacza data 15 grudnia. Bo dziś nagle wszystkie pokoje się zapełniły. Restauracja ponownie otwarta. Jakiś dziadek zwrócił mi uprzejmie uwagę , że zająłem jego miejsce parkingowe w garażu, pojawiła się moja sąsiadka . Otyła wdowa z bólami pięt. I zastanawiam się skąd nagle to ożywienie . W końcu do Świąt jeszcze 10 dni. Rozumiem , że powoli , pokój po pokoju , ale nagle tak wszyscy, niemal w środku tygodnia. Być może to otwarcie tej jednej trasy narciarskiej, która olbrzymim nakładem sił została sztucznie zaśnieżona, spowodowało ten najazd .Od tygodni nie spadł z nieba nawet płatek śniegu. Tutejsi górale zaklinają rzeczywistość i nic. Może to dlatego , że ktoś wyprowadził Chrystusa z kapliczki koło, której biegam? A asystenci z urazówki już drżą przed weekendowym dyżurem. Zjedzie się narciarska szarańcza , a warunki śniegowe gorzej niż kiepskie.

© Medykoemigrant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci