Ewentualna zbieznosc z rzeczywistymi faktami i osobami jest czysto przypadkowa i całkowicie niezamierzona.
Kategorie: Wszystkie | Medyczny
RSS
środa, 07 grudnia 2016
Iskierka

Są takie sytuacje kiedy musimy wybrać pomiędzy lojalnością wobec szefa , zespołu a lojalnością wobec pacjenta.  Są sytuacje ,gdy doświadczenie własne staje w konflikcie z tym co mówią ci , których powinniśmy słuchać.  Dotyczy to szczególnie młodych lekarzy. Świeżej krwi. Ich wiedza ogólnomedyczna jest często dużo większa niż tych ,nas, starych wyjadaczy , którzy od lat obracamy się w wąskim zakresie konkretnej specjalizacji. W pamięci mam wiele takich sytuacji. Ileż to razy mój pierwszy szef ,  obecnie najstarszy praktykujący chirurg w Polsce , wpadał do dyżurki  i  wściekły darł się..Jod ja cię wy….ę. Najczęściej wkopywali mnie wdzięczni  pacjenci, którym w dobrej wierze doradzałem by jak najszybciej poszukali sobie innego ośrodka. Z  czasem ta odwaga w nas gaśnie. Z wiekiem stajemy się konformistami.  Święty spokój i stabilizację cenimy bardziej niż bezinteresowną satysfakcję  z wychodzenia przed szereg.  W końcu ile razy można zmieniać pracę. A i tak ostatecznie wszędzie jest podobnie.  I choć już dawno przestała mnie pasjonować naprawa świata to cieszę się , że jeszcze tli się we mnie ta resztka , ta ostatnia iskierka z ogniska , które kiedyś płonęło.

Dostałem list od pacjenta.  Nie pierwszy i mam nadzieję nie ostatni, ale ten jest wyjątkowo fajny i szczery. Bez oficjalnej fanforady. Treść mniej więcej taka:

Szanwny Dr Joth

Razem ze swoim zespołem operował mnie Pan 14.listopada. Przedłużył Pan moja bytność na tym świecie za co szczerze dziękuję. I dobrze , że mnie Pan opieprzył ( Sie haben mir  zu Recht den „Kopf gewaschen”), za to , że tyle lat lekceważyłem stan mojego zdrowia . To już się więcej nie zdarzy.  Będę bardziej naciskał na mojego lekarza rodzinnego i kardiologa , żeby się lepiej mną zajęli. Leżąc w szpitalu miałem wiele czasu na przemyślenia . Szczególnie w nocy  miałem czas na penetrowanie Internetu i konfrontowanie tego co mi Pan i Pana koledzy opowiadali.  Szczególnie jestem wdzięczny ,że tak odważnie stanął Pan w obronie mojego zranionego palca u stopy. Za to , że zlecił mi Pan rentgen i nie pozwolił go obciąć. Niech Pan przekaże zespołowi , że palec, który szczególnie jedna Pani Dr ( Kreditova ) tak stanowczo amputować chciała,  się wygoił i dobrze  się ma.

Niech Pana Bóg błogosławi….itd.

 

wtorek, 06 grudnia 2016
Chirurg o gołębiej duszy.

Zadzwonił do mnie kolega ...z Polski. Znamy się już wiele lat. Lubię go. Jest kilka lat starszy ode mnie. Chirurg z gołębią duszą. Ktoś gdzieś mu powiedział , że ponownie wyjechałem . Chciał sprawdzić czy to nie plotka. Choć w życiu widzieliśmy się może 3,4 razy to umiemy ze sobą szczerze rozmawiać. Coś między zwykłym koleżeństwem a przyjaźnią. To on przetarł szlak. Wyjechał do Niemiec rok przede mną, a potem wrócił. Ja zostałem. Zrobiłem specjalizację. On w tym czasie walczył z polskimi realiami, ale jego zbyt gołębia dusza nie pozwalała się mu do końca odnaleźć w tej dzikiej dżungli . Zaczął robić chirurgię naczyniową. Gdy wróciłem do Polski próbowałem go ściągnąć do Krakowa. Bał się ,że straci miejsce specjalizacyjne , że biurokratyczna , skostniała , nakazowo rozdzielcza  machina nie poradzi sobie ze zmianą miejsca pracy lekarza w trakcie specjalizacji. Bał się , że ktoś się może obrazić, że będzie miał kłopoty. Ten chirurg o gołębiej duszy przyjeżdża do Niemiec. Będzie pracował w oddziale naczyniowym kilkadziesiąt km stąd. Ma dość ciągłego włóczenia się po niezliczonych kursach i nic niewnoszących stażach, ma dość nieskończonej ilości formalności jakie musi spełnić by przystąpić do egzaminu. Tu obiecano mu posadę i zaliczenie do specjalizacji wszystkiego co może udokumentować z dotychczasowego przebiegu pracy. Jak dobrze pójdzie za rok będzie po egzaminie.

A ja też mam satysfakcję. Nie ukrywam, że mój obecny wyjazd nie spotkał się z entuzjazmem mojej bliższej i dalszej rodziny. Ten chirurg o gołębiej duszy był dla nich koronnym argumentem , że można z Niemiec wrócić i jakoś pracować.

-Popatrz wrócił, pracuje , nie wariuje jak ty-słuchałem za każdym razem gdy mówiłem o powrocie do Niemiec

 Tak….wrócił, pracuje i ma ..dość.

niedziela, 04 grudnia 2016
Wiedeń
Jednym z ostatnich akcentów mojego 2,5 letniego pobytu w Krakowie było zwiedzanie miasta z przewodnikiem. Ale to nie było takie pospolite gnanie typowe dla tysięcy wycieczek. Inicjatywa wyszła od naszej oddziałowej sekretarki.  Zamiast knajpianej imprezy mogliśmy przez cały dzień poznawać stary Kraków od strony miejsc normalnie niedostępnych dla zwykłych śmiertelników.  Przerwę zrobiliśmy sobie w Jamie Michalika. Poznając jej historię , jej niepowtarzalny klasycystyczny wystój nawiązujący do CK wiedeńszczyzny, nasz przewodnik  zaczął  opowiadać o specyficznej  atmosferze wiedeńskiej nocy sylwestrowej. O ulicznej , barwnej imprezie nawiązującej do tradycji walca i wiedeńskiej opery. I mnie zainspirował . Wszystko wskazuje ,że będzie mi dane tam być w tym roku.  Korzystając z mojego błądzenia po Wiedniu znalazłem niewielki hotel w okolicy Schoenbrunnu
Podróżowanie

Zacząłem moje polsko niemieckie podróżowanie. Zwykle samolotem z Monachium. Ale od czasu do czasu konieczna jest podróż samochodem. Postanowiłem w ten sposób poznać kolejne europejskie zakątki. Mając do wyboru trzy , podobnej długości trasy  wybrałem tę przez Austrię i Słowację. Wyjechałem w piętek koło 14 ej. Ponad 1000 km przez Wiedeń  i Bratysławę. Powód podróży był prozaiczny . Kończyła się mi ważność przeglądu rejestracyjnego. W przekonaniu ,że został mi tylko tydzień, olałem  konferencję aortalną w Monachium, zostawiłem górskie pejzaże skąpane w słońcu i pognałem. W Wiedniu pokłóciłem  się z nawigacją i nagle znalazłem się w okolicach Schoenbrunnu. Przepchałem się zakorkowanymi ulicami i przebiłem z powrotem na autostradę  stając się jednym z tysięcy elementów świetlistego, bezgłowego , niekończącego się węża.  Minąłem Bratysławę . Za Nitrą skończyła się autostrada. Pojawił się śnieg a wąskie , mokre i śliskie drogi prowadziły mnie przez miasteczka widmo. Przez  wymarłe cygańskie przysiółki. Mglisto , szaro , nieprzyjemnie. Przed zaśnięciem chronił mnie głos Ferencego monotonnie czytającego „Złego” Tyrmanda. Śniegu zaczęło sypać coraz więcej.  Porwisty  wiatr zaczął tworzyć śnieżne wydmy na drodze.  Gdzieś po mojej lewej stronie minąłem  Wysokie  Tatry a droga wznosiła mnie w górę w stronę Starej Lubowny. Zrobiło się złowrogo dziko. Nie daj Bóg jakąś awarię. Koło pierwszej w nocy przekroczyłem granicę.

Już o ósmej rano pojawiłem się w zaprzyjaźnionym autoserwisie . Wjechałem na kanał. Znajomy mechanik przetestował mi samochód, wziął do ręki dowód rejestracyjny i…

-trochę żeśmy się pośpieszyli z tym przeglądem

-tylko parę dni –powiedziałem-kończy się ósmego grudnia

-ósmego grudnia….ale 2017

O jasna cholera. A tyle  rzeczy mi przepadło.

Mimo to nie żałuję. Zabawiłem się w Mikołaja .

czwartek, 01 grudnia 2016
Martwy sezon.

W całym pensjonacie zostałem sam. Martwy sezon w Alpach. Za mało śniegu by jeździć na nartach , za dużo żeby bezpiecznie wchodzić na szczyty. I wcale mi to nie przeszkadza. Mogę penetrować wszystkie zakamarki tego starego , wybudowanego w tyrolskim stylu budynku.  Aż cud ,że  nie zamknęli basenu na głucho. Wielkie nagrzewnice chodzą na pełnych obrotach.  Bencz i Laura odwiedzili mnie dwa dni temu. Zrobiliśmy sobie pool party.  Po pracy biegam , pływam, taki codzienny triatlon. Do i z pracy rowerem , potem bieganie i pływanie.  Odnalazłem się w tym spokoju. Na nowo pokochałem samotność. Tę izolację od zakłamania i  pustego szaleństwa  świata.  Dobrze mi gdy odgradzam się muzyką od szumu otoczenia, gdy choć przez chwilę  udaję , że wysiadłem z tego szalonego pociągu i z politowaniem patrzę jak cała reszta pędzi na złamanie karku dalej. Jak niewiele trzeba , żeby być szczęśliwym.  I chyba niestety przekroczyłem pewną granicę, psychologiczną barierę …zbyt dobrze mi samemu , żeby znowu być z kimś. I nawet się cieszę, że te Święta spędzę sam…jeszcze nie wiem gdzie ..ale sam.

poniedziałek, 28 listopada 2016
Laura

Lubię poznawać ciekawych ludzi. Tak jak pies myśliwski  tropi zwierzynę tak  ja szukam wyjątkowych osobowości. Powiem nieskromnie , że ciągnie swój do swego. Razem , ze mną na oddziale zaczęła pracować asystentka. Młoda , na oko 30 letnia brunetka , o ciemnych , węglanych oczach i mocno opalonej karnacji.  W porównaniu z moimi bliskowschodnimi asystentami z Niedersachsen jest prawdziwym  klejnotem. Pilna , pracowita , inteligentna, z ciekawym życiorysem. Urodziła się w Gwatemali. Tam skończyła wszelkie szkoły , w tym i studia medyczne. Ojciec Niemiec , matka z Salwadoru. Po studiach nostryfikowała dyplom w Stanach. Jako obca nie miała szans na specjalizację z chirurgii więc przeniosła się do Niemiec. Jeszcze raz musiała przejść sito egzaminacyjne. W końcu spełniła swoje marzenia  i dostała się do dobrej kliniki chirurgii plastycznej. Do nas przyszła na półroczny staż. Ma cztery paszporty. Gwatemalski , salwadorski , amerykański i niemiecki. Biegle mówi po hiszpańsku, angielsku i niemiecku , radę daje po włosku. Dr Kredytowa jest o nią chorobliwie zazdrosna. Pilnuje jej jak kochanki. Sledzi  i jak mahometański małżonek zabrania kontaktów z kimkolwiek , Biedna Laura  ucieka do naszej polsko-węgierskiej dyżurki na chwile wyluzowania. W trójkę śmiejemy się przemielając oddziałowe troski  na żarty.

-Wiecie , że Kredytowa mnie pocałowała w usta

-z języczkiem? – zapytałem..i walnęła mnie kuksańcem.

Ma jedną poważną wadę. Laura urodziła się w październiku..Waga,

U..wagi

W tutejszych miasteczkach zaroiło się od drewnianych bud  z gotowanym i smażonym jadłem, z drewnianymi i plastikowymi  adwentowo bożonarodzeniowymi  ozdobami.  Nad tym wszystkim unoszące się opary z wymieszanymi zapachami lukru, oliwy  i  gorzko słodkiego glüweinu. Jednym słowem zaczął się czas jarmarków bożonarodzeniowych. Ich widok jest kojący. Są oznaką ,że rozpędzona  codzienność powoli zaciąga hamulec . Z okazji adwentu odwiedziła mnie właścicielka mojego sympatycznego , urlopowego lokum. Przewiozła mi wielki wieniec adwentowy  i przekonała   żebym  się jednak nie wyprowadzał. Usiedliśmy przy herbatce. Ten mój rowerowy ksiądz Tomasz i ci krakowscy Kameduli  to chyba mieli trochę racji mówiąc o mnie , że mam brewiarzowy wygląd.  Jakoś lubią ludzie się mi spowiadać.  Pani Roma , bo tak ma na imię moja vermitterin, urodziła  miesiąc temu córkę i mocno się zastanawia czy ojciec do dziecka jest jej do czegokolwiek potrzebny. Piszę ojciec do dziecka , ponieważ ten prawdziwy biologiczny  nie poczuwa się do obowiązku. Przynajmniej  taka jest jej wersja. Typowa współczesna kobieta wyzwolona. Dyskretnie zapytałem spod jakiego jest znaku-Waga. I tu mnie w środku  zamurowało . Mam złe doświadczenia z wagami. Wszystkie jakie poznaję są jakieś emocjonalnie kalekie. Jakby ktoś im amputował kawałek mózgu , dokładnie ten , który odpowiada za miłość.

sobota, 19 listopada 2016
Polak Węgier dwa bratanki i do noża , i do szklanki.

Dzień jest zimny , szary , mglisty. Z nieba leci mżawka pomieszana z lodem.  Szlaki  puste.  Czasem tylko przemknie jakiś jogging owiec . Taki dzień na „nicnierobienie”. Na poczytanie i pomyślenie. Wyprowadzam się z mojego urlopowego lokum.  Przez przypadek trafiłem , kto wie czy nie na potomka księcia Poniatowskiego , który zaproponował mi fajne lokum bliżej szpitala. Powierzchniowo podobne parametry jak moje obecne , ale czynsz o połowę niższy. Coś za coś . Nie będę miał basenu, ale za to moje auto stanie w garażu. No i Internet ,nie tak jak teraz na krzywy ryj od czasu do czasu, tylko porządne stałe łącze.  Bliżej będę miał nie tylko do szpitala ale i do Węgra. Polubiliśmy się z Bencze.  Dzielimy wspólny pokój w szpitalu.  Puściłem mu kiedyś na youtubie skecz : węgierscy policjanci. Od razu wyjaśniam , że Marcin Wójcik nie mówi po Węgiersku, i że w j. węgierskim nie ma słowa mandatore…ale reszta …..w pełni się zgadza: Polak Węgier dwa bratanki i do noża, i do szklanki.

Sen o przyszłości

Bawaria to Niemcy ale takie inne. Zawsze wszyscy mi mówili , że takie lepsze ,i że   większość Niemców gdyby mogła to by się na południe przeniosła. A Monachium  to taki niemiecki Kraków. Niby Berlin stolica , ale prawdziwa dusza drzemie w Monachium. I coś w tym wszystkim chyba jest. Ludzie są tu bardziej weseli. Jeszcze dobrze ich nie widać a już słychać ichniejsze Grüss Gott i Servus. W pracy nikt nikogo nie pogania , choć nie mogę powiedzieć , że nie  czuje się presji. W końcu oddział musi na siebie zarobić. Wszyscy mi szeptem donoszą , że szef mnie polubił. Woła mnie czasem do siebie i konsultuje trudniejsze przypadki. Szczerze doceniam, że potrafi  przyznać , że w pewnych obszarach mam większe doświadczenie . Że nie jest takim wszystkowiedzącym  panem z wąsikiem. Ale z drugiej strony  jest bardzo niecierpliwy. Czuje się blizny na psychice spowodowane wieloletnim  obciążeniem. Zachowanie typowe dla chirurgów , którzy nie nauczyli się trzymać dystansu  do codziennych wyzwań. Dodatkowo potęgowane problemami rodzinnymi. Wiele nas łączy. Zaproponował mi  granie …w kwartecie smyczkowym.  Jak powiedział –może to być początek dobrej przyjaźni i współpracy. Bo okazało się , że obaj myślimy o tym samym. Żeby za 2-3 lata …iść naprawdę na swoje.

piątek, 18 listopada 2016
A jednak jest pięknie

Skończył się okres martwoty operacyjnej. Przez pierwszych kilka tygodni czułem się tu jak na niekończącym się urlopie. Podziwiałem górskie pejzaże, wędrowałem po bajecznych przełęczach i zapomniałem ,że chirurgiczna codzienność to stres i pot. I nagle jakby ktoś zerwał plombę z bębna maszyny losującej. W ciągu kilku dni ilość pacjentów wzrosła z 6 do ponad 40. Od dwóch tygodni operuję codziennie . Cztery czasem pięć zabiegów. Góry oglądam jedynie o poranku i to pod warunkiem , że poświata księżyca jest na tyle intensywna by przebić się przez mroki budzącego się dnia. Zmęczony wsiadam po pracy na swój rower , za plecami zostawiam góry i wracam do swojego mieszkanka. Zanurzam się w basenie i myślę.. a jednak jest pięknie.

niedziela, 06 listopada 2016
Schodzić Monachium

Ponoć  nie można powiedzieć , że się poznało Niemcy jeśli nie poznało się Monachium. Po Berlinie, Hannowerze, Getyndze, Braunschweigu, Ratyzbonie    i Hamburgu to kolejna metropolia , którą postanowiłem przechodzić wzdłuż i wszerz.  Z krótkiego pobytu w 2006 a może 2007 roku pamiętałem jedynie neogotycki  olbrzymi ratusz i….. ekstrawagandzko wyglądającego  homoseksualistę w różowych leginsach   . Jakoś wówczas miasto zrobiło na mnie większe wrażenie niż obecnie. Może to efekt opatrzenia  się na niemieckie miasta , które właściwie są do siebie bardzo podobne. A może fakt , że Niemcy są coraz biedniejsze.   To co wyróżnia Monachium to galerie i muzea.  Lubię obrazy. Zwłaszcza te stare. W końcu to ślady po ludziach , którzy mieli małe szanse żeby zaistnieć w ludzkiej pamięci na wieki. Dziś mamy wirtualny świat. I wystarczy pisać nawet mało poczytnego bloga , żeby zostawić coś na jakimś serwerze. W ciągu paru minut można jak supernowa na kilka chwil rozbłysnąć w sieci, wysłać megabajty, które zaczną krążyć . Chciałem  od razu iść do Starej Pinakoteki, ale moja asystentka poradziła mi ,żeby zacząć od czegoś na rozgrzewkę. Wybrałem się do Lenbachhausu . Trzy wystawy. Na parterze poświęcona Murnałowi, przedwojennemu twórcy filmowemu, który stworzył wizualny  pierwowzór Draculi. Potem malarstwo XIXowieczne i wystawa obrazów grupy Der Blaue Reiter( Niebieski Jeździec) .

Ucieszyłem się bo znów trafiłem na obrazy Carla Spitzwega. Po raz pierwszy zetknąłem się z jego malarstwem  w Narodowej Galerii w Stuttgarcie, gdzie spośród setek obrazów największe wrażenie zrobiła na mnie miniatura pt.Aschenmittwoch.  Zamyślony arlekin,  po rozpustnej ostatkowej nocy. Jakby  co dopiero wysłuchał popielcowego kazania i uświadomił sobie ,że życie to  ból, pot i łzy.  Wpadające promienie słonecznego poranka dają jednak nadzieję , że bez wiecznej zabawy też da się żyć. Taki jest właśnie Spitzweg. Gdyby żył w naszych czasach  byłby pewnie fotografem faktu. Bo takie są jego obrazy , utrwalają ludzi w pewnej pozie, w jednej , wyjątkowej chwili. Np. wychylający się z okna zagapiony mężczyzna . I choć nie widać ognia obraz nosi tytuł Pali się.

 

Grupa  Niebieski Jeździec to zaprzyjaźnieni  ze sobą ekspresjoniści, którzy spotkali się w Monachium tuż przed I wojną .Największe wrażenie zrobiły na mnie pełne barw obrazy Kandinskyego, portrety Jawlenskyego i oczywiście najbardziej znany obraz całej kolekcji czyli Błękitny Koń  Franza Marca ( do wczoraj byłem przekonany że autorem jest Marc ale Chagall)

 

 

Zmęczony artystycznymi doznaniami ruszyłem na piechotę szukać ..ogrodu japońskiego.  Od muzealnego centrum przy Konigs Platz do Hansa Parku  było  jakieś 15 km.  Po drodze trafiłem na Theresienwiese z jeszcze stojącymi namiotami po Oktoberfest  i  kilkunastopiętrowym pomnikiem Bawarii Matki. Sam ogród swoją architekturą nawiązywał do japońskiego anturażu, ale czuć było brak codziennej troski i pasji miejskich ogrodników.

I tak zacząłem schadzać Monachium.

czwartek, 03 listopada 2016
Soft i hard

Mam wrażenie ,że tu wszystko jest soft. W porównaniu z  hardrockową rzeczywistością w Polsce czuję się tak jakbym obudził się z jakiegoś koszmaru. A może jest odwrotnie , może właśnie teraz  zapadłem w błogi letarg, a któregoś dnia przebudzę się i wszystko znowu stanie się hard. I nawet ostatni dyżur 1 listopada mimo  ,że już o siódmej rano musiałem pędzić do szpitala aby połatać naczynia wytatuowanemu 22- latkowi, który  w psychotycznym szale  postanowił poobcinać sobie obie dłonie, nie  wybudził mnie z mojego błogiego letargu. Soft są tu nawet japońskie fikołki. Chwilami bardziej przypominające chińskie Tai Chi niż japońskie jitsu.

Do najbliższego dojo mam ponad 20 km.  Zaraz po pracy przypiąłem sakwy ze sprzętem i wskoczyłem na rower  . Pogoda nie była zachęcająca do rowerowej wyprawy.  Ciemne chmury przepędzane wiatrem. Kręta droga cały czas pod górę w kierunku przełęczy na granicy z Austrią. Już po kilku kilometrach czułem się jak pilot jambojeta . Widoczność kończyła się po 10-20 metrach , a ciągła linia oddzielająca pobocze od asfaltu była moim przyrządem nawigacyjnym. Przemoczony dotarłem po 2 óch godzinach do przełęczy. Wiatr rozgonił nieco chmury.  Sala treningowa mieściła się w starej strażnicy Grenzschutzu. Towarzystwo mieszane, niemiecko austriackie. Ponownie spotkałem Klaudię , Tinę i Aleksa. Na poznawanie pozostałych ludzi nie bardzo był dziś czas. Zwłaszcza , że po treningu  wszyscy biegiem uciekali. W pewnym momencie zostałem zupełnie sam. Wyszedłem ze strażnicy. Stary Bawarczyk  krzyknął za mną Servus , zamknął drzwi dzwoniąc pękiem kluczy i rozpłynął się w mroku. Zostałem sam ze swoim rowerem, w czerni nocy, z którą  moja lampka rowerowa toczyła nierówny bój. Zrobiło się zimno. Powietrze tak  kłujące, jakby człowiek całował ostrze noża. I  nagle pojawiły się płatki śniegu. Mokre , wielkie jak chirurgiczne tupfery.  Że mnie znowu poniosło z tym rowerem. I zaczął się mój hardrockowy powrót. Obniżyłem siodełko tak , żeby obiema stopami podpierać się na śliskiej jezdni. Wybrałem technikę jakbym zjeżdżał na skibobach. Co 2-3 km robiłem przerwę , głównie po to żeby ostudzić emocje. Naokoło niewidzialne góry i odgłos padającego śniegu. Jakby ktoś głaskał welurowa poszewkę w pokoju bez światła. Gdzieś w połowie drogi  śnieg przestał sypać i zamienił się w rzęsisty, marznący  deszcz. Więcej szedłem niż jechałem. Po 4ech godzinach w końcu dotarłem do domu. Czułem się tak , jakby ktoś mi usunął z nóg kości i wsadził zrolowaną ligninę. Na głowie zjeżone ze strachu włosy pokryte szronem. Zrobiłem sobie  hardrockowy przerywnik w softowej rzeczywistości.

poniedziałek, 31 października 2016
Jak dotrwam do lata
Jak dotrwam tu do lata ..to w takiej scenerii będę pływał, i już nie będę potrzebował basenu w piwnicy.
Dolina

DSC_0175_2Koło mojego domu zaczyna się dolina. Alpejski raj. 22 km łąk, pastwisk upstrzonych drewnianymi , pasterskimi szałasami, sosnowymi zagajnikami i stylowymi, bawarskimi kapliczkami .Pożółkłe od starości drewniane Chrystusy na czarnych , jak osmolonych krzyżach strzegą tego raju przed ludzkim barbarzyństwem. Może dlatego jest tu tak pięknie .  Środkiem doliny wije się górski potok . .Bystrze w kamienistym żlebie. Dwadzieścia dwa kilometry. Dziś przebiegłem połowę. Kiedyś przebiegnę w obie strony całość,,,to będzie więcej niż maraton.

 

 

niedziela, 30 października 2016
Najlepsza w klasie

Przyjechałem tu do pracy , a czuję się jak na urlopie. Wróciłem z wieczornego biegania.  Na około ciemne kontury szczytów przyozdobione w aureole z chmur , na tle zachodzącego słońca przypomniały mi zakapturzonych mnichów ze Srebrnej Góry w podkrakowskich Bielanach. W  słuchawkach  soundtrack z  „Ostatniego Mohikanina” i….trudno uwierzyć ,że jeszcze za to wszystko mi płacą. To moje pierwsze dyżurowe Wochenende.  Jeszcze nigdy nie zarabiałem tak wiele , za tak niewiele. Ktoś może powiedzieć , że trudno mi dogodzić, ale zaczyna mnie to trochę niepokoić. Gdzie są  te wszystkie tętnice szyjne, aorty, kto zajmuje się przetokami dializacyjnymi z okolicznych stacji dializ? Przez cały miesiąc wykonałem około 10 operacji naczyniowych , z tego połowa to poprawki po koledze i … koleżance.

Albo ja mam pecha , albo to już taka tutejsza niemiecka  świecka tradycja . Gdzie kol wiek pracowałem  zawsze trafiłem na jakąś pokrzywioną charakterologicznie , wysuszoną brzydulę dla której szpital  zastępował dom i rodzinę. Na takie szkolne prymuski, które nikomu nic nie podpowiedzą, a na klasówce całym ciałem zasłoni kartkę żeby broń Boże ktoś czegoś nie odpisał.  Tutaj tez mam taką ..najlepszą w klasie. Bułgarka  o  bankierskim nazwisku- dr.Kreditova. Już pierwszego dnia  dała mi odczuć żebym na jakąkolwiek pomoc z jej strony nie liczył. Niełatwa to była dla mnie sytuacja . Choćby z racji pełnej digitalizacji szpitala. Od informatyków dostałem jedynie hasło logowania . Na początek musiałem sobie radzić sam. Nie zważając na antypatyczny wzrok próbowałem coś wydusić od dr Kreditovej

--klikamy tu , potem  tu , zatwierdzamy tu, kody chorobowe wpisujemy tu, numery procedur tu, zatwierdzamy tu , potem zlecenia pooperacyjne tu, zlecenia badań tu i  tak po trzech minutach tutowania i klikania z triumfalnym uśmiechem popatrzyła na mnie.

-Niech cię pieprzy nosorożec – pomyślałem

I sam siadłem do komputera. Metodą prób i błędów  doszedłem do wszystkiego, a ostatecznie informatycy zrobili mi kurs.

To samo przy operacjach . Równie dobrze jak Kreditova mógłby mi asystować jakiś uczeń ze szkoły stolarskiej. Stanie i jak jej nie powiesz to choćby się krew litrami lała to bestia nie zareaguje.

Nie wiem co ostatecznie zadziałało. Czy to ,że kompletnie nie reagowałem na zaczepki , czy to ,że po prostu robiłem swoje , czy jej wewnętrzna frustracja sprawiły , że Kreditova się zwolniła. Zostanie z nami  tylko do końca roku . Trochę  jednak szkoda , bo jako pilna uczennica przygotowywała wzorowo wszystkie wypisy,  robiła opatrunki- raz się nawet obraziła bo przyszedłem do pracy 10 min wcześniej niż ona i zrobiłem opatrunek u pacjentki, którą operowałem. Trochę jej na złość..żeby poczuła oddech konkurencji.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 60
Zakładki:
Wrto poczytac
kod licznika odwiedzin