Menu

Medykoemigrant

Los- jak drzewko bonsai..kształtowane ręką Boga. Wszystkie opisywane wydarzenia są fikcyjne , a ewentualna zbieżność z rzeczywistością jest czysto przypadkowa.

"Tylko" lekarz

jod11

Kilka dni temu w mojej skrzynce na listy znalazłem zdjęcie w formacie pocztówkowym. Na pierwszym planie grill, w tle basen i górskie szczyty. Z tył napis

- Drogi sąsiedzie. Chcielibyśmy Pana  zaprosić na kolację . Jesteśmy nowymi właścicielami domu  pod nr 46.

Podpisy nieczytelne.

Podobną kartkę  dostała moja milionerska rodzina i sąsiedzi z prawa i lewa. Długo się zastanawiałam czy  skorzystać z zaproszenia. W końcu znalazłem się tu trochę przypadkiem, niby już tutejszy , a jednak wciąż obcy.

-Pie..lę, przecież mnie nie zabiją. Idę.-pomyslałem i pojechałem kupić prezent.

Drzewko oliwne . Taki symbol pokoju i spokoju okraszonego słońcem południa Europy.  Wystrojony jak sołtys na odpust przekroczyłem progi  śnieżnobiałej willi. W środku byli już wszyscy.

Z całego towarzystwa znałem jedynie moją milionerską rodzinę oraz sąsiadkę z naprzeciwka , która codziennie mnie wita gdy spocony docieram na szczyt góry . Cała reszta  była mi obca. Oni za to wiedzieli o mnie wszystko.  Gdzie pracuje , co robie , że biegam , że strzygę moje bonsaie i wszyscy chcieli mnie wyściskać. Nowi sąsiedzi to młodzi ludzie ..w moim wieku. No dobra , trzy lata młodsi. On biznesmen zajmujący się wyszukiwanie m  dających nadzieję zysku start-upów, ona prowadzi jakieś projekty biznesowe dla firm. W każdym razie ludzie milionerskiego sukcesu. Obok domu dwa wypasione „ porszaki”. Poczułem się tak jakbym nagle znalazł się na biesiadzie z rodziną Czartoryskich , Lubomirskich i Tyszkiewiczów.  Wszyscy odpieprzeni  . Jedni w bawarskich strojach, ale nie tych typowych dla bauerów , bardziej  von hrabiowskich, inni  w stylu angielskich lordów w idealnie skrojonych marynarkach z przewiązanymi apaszkami pod szyją  , kobiety w złotych butach , białych spodniach i tak samo białych skórzanych kurtkach. I..czułem się...mhm.. dobrze w tym towarzystwie. Choć „tylko lekarz” , bez siedmiu cyfr na koncie, czułem się spokojny i wyluzowany. Moja milionerska rodzinka puszczała do mnie ukradkiem uśmiech i oczko, jakby dla potwierdzenia, że towarzystwo mnie zaakceptowało.

Zaczęło się od 1933.

jod11

Gdy moja milionerska rodzina przyjeżdża do swojej posiadłości, której strzegę podczas ich  nieobecności, zaprasza mnie na kolację. Wykwintną kolację. Taką , którą się smakuje oczami oglądając amerykańskie filmy, sagi  o burżuazyjnych rodach fabrykantów, albo  seriale typu Dynastia.  Wyjmuję  wtedy  przygotowany na tę okazję ubiór odbiegający od mojej T -shirtowej codzienności.   Wyjście na taras i wypicie prawdziwego szampana to preludium.  A taras to widownia. Scena to skaliste alpejskie pasma ,  nieruchome , z pozoru wymarłe , a jednak oczu oderwać nie można. Widokowo willa , w której mieszkam ma chyba najlepszą lokalizacje w całym mieście.  Zauważyłem , że zawsze  gdy podaje swój adres zamieszkania  , to ludzie reagują z nieukrywaną zazdrością i dziwnym podnieceniem. Trochę tak jakby ktoś zapytany w Krakowie o miejsce zamieszkania  powiedział -Wawel. Na ostatnim treningu moich japońskich fikołków jedna znajoma tez tak zareagowała

- ja pierdziu , to tam gdzie swoja posiadłość ma szejk

-Kto?

-No szejk, nie rozumiesz szejk

Faktycznie gdzieś  w dole  jest  zadbany, ale jakby wymarły  pałac, który do tej pory był dla mnie zagadką. Szejk ze świtą pojawia się raz na…parę lat.

Mimo  materialnej przepaści jaka nas dzieli dobrze rozumiem się z moimi gospodarzami.  Im bardziej się poznajemy tym bardziej się otwieramy . Wpuszczamy wzajemnie w nasze życiorysy.  Jedząc  szlachetną rybę z egzotycznych mórz, popijając wysokoprocentowymi trunkami nagle przeniosłem się w mroczne czasy . Poznałem historię domu.

Znamienny dla Niemiec , a w  konsekwencji Polski i świata rok 1933. Wykuty w czarnej stali rok 1933 wisi na werandzie . W tym to roku pewien niemiecki fabrykant,  ówczesny czekoladowy magnat, zakupił działkę i postawił  4opietrowy , drewniany pałac w tyrolskim stylu. Z wielkim tarasem, z 5oma łazienkami i tyloma sypialniami dla gości z elit.

Gospodarz przyniósł metalowe pudełko pełne starych zdjęć. 

Uśmiechnięte twarze, alpejskie wyprawy,  narciarze w pomponiastych czapkach, narciarki w spódnicach . Nagle szok.

Hitler,  taras, ten sam widok  i podpis  1936. Nocował w tym domu. Czekoladowy fabrykant był jego przyjacielem. Zdumienie , podniecenie i niesmak. Wszystko to zaczęło się mieszać w mojej głowie. Jedzenie stanęło mi w gardle. Widząc moje zmieszanie …moi gospodarze uśmiechnęli się

-dr Jod ,niech pan ogląda  dalej  .

Na kolejnych zdjęciach polscy żołnierze stojący frontem przed niemieckim oficerem. W tle kopulasta wieża i jakiś długi, jakby stara szkoła, budynek.  Kolejne zdjęcia oficerowie , orzełki w koronie na czapkach . Jeńcy wojenni. Musteroflag nr VII Murnau. Na zdjęciach gen Kutrzeba, Gen Rómmel…ludzie o których  uczono w szkole.  W głowie przewija się mi Armia Pomorze , Bitwa pod Kockiem, kampania wrześniowa

-Skąd Państwo to mają ?

-Znaleźliśmy te zdjęcia w tym starym domu.

Ten stary dom moja milionerska rodzina kupiła w roku 2009. Ze względu na nie do końca chlubną przeszłość zburzyła go. Został po nim tylko ten wykłuty w czarnej stali rocznik 1933. Na tym miejscu powstała nowa willa ,  której część wynajmuję.

Pojechałem rowerem do Murnau. Znalazłem scenerię ze starych zdjęć. Tę samą kopulastą wieżę. Niestety teren ogrodzony. Obecnie są tam koszary żandarmerii  wojskowej, wstęp na teren wzbroniony. Przez kratę bramy mogłem popatrzyć na budynki.  Niewielki obelisk przed bramą z tablicą w języku polskim i niemieckim:

W BUDYNKACH DZISIEJSZYCH KOSZAR WERDENFELSER W OKRESIE 25.09.1939-29.04.1945 ISTNIAŁ OFLAG VIIA OBÓZ JENIECKI DLA POLSKICH OFICERÓW. W DNIU WYZWOLENIA UWOLNIONO 5000 POLAKÓW ORAZ KILKU JEŃCÓW INNYCH NARODOWOŚCI. POLSCY ŻOŁNIERZE TO OFICEROWIE WOJSKA POLSKIEGO ( WŚRÓD NICH 31 GENERAŁÓW), KTÓRZY WALCZYLI W OBRONIE POLSKI NAPADNIĘTEJ 01.09.1939 PRZEZ NAZISTOWSKIE NIEMCY. W 1944 ROKU PRZYWIEZIONO TU ZE STALAGU LAMSDORF OKOŁO 700 OFICERÓW ARMII KRAJOWEJ, UCZESTNIKÓW POWSTANIA WARSZAWSKIEGO.

 

 

 

I  znalazłem groby na pobliskim cmentarzu.  Zadbane miejsce spoczynku tych , którym nie było dane dożyć wyzwolenia..Piękne odlane w bronzie polskie rogatywki..z części ktoś oderwał orzełki, kotwice polski walczącej.

Chyba znalazłem kawałek prawdziwej Polski.

Lederhose

jod11

Letni festyn integracyjny formą przypominał Oktoberfest. Wielki biały namiot , przystrojony w niebiesko-białe szachownice i reklamy jednego z browarów, wypełnił się gawiedzią z kilku zaprzyjaźnionych ze sobą szpitali. Kto mógł przyprowadził ze sobą całą rodzinę. Większość ubrana w tradycyjne  bawarskie stroje ludowe . Skórzane spodnie z kwieciście ozdobionymi szelkami, wełniane pseudogetry na łydkach białe lub kraciaste koszule i tyrolskie kapelusze. Nawet paru czarnoskórych  chcąc pokazać swoją niezłomną wolę integracji ubrało się  na bawarski styl. Wyglądało to trochę komicznie. Jeden się wyłamał i przyszedł w typowo afrykańskim ubiorze …i ten wyglądał  ..sympatycznie. Kobiety w kolorowych sukienkach , z przodu fartuszki zawiązane w kokardę z lewej ( panienki) lub prawej strony (mężatki) Gorsety z wielkimi dekoltami  przyozdobionymi sercokształtnymi wisiorami  .Pojawił się jeden Szkot  w spódnicy , mąż jednej z pielęgniarek Tłusta bawarska kuchnia, olbrzymie precle i hektolitry piwa. Tyrolska muzyka , gwar, hałas, kakofonia  przekrzykujących się rozemocjonowanych  głosów.

Ja , Benek i jeden niesamowicie przystojny Włoch z chirurgii byliśmy w tym tłumie wyjątkami  pozbawionymi bawarskich detali zdobniczych. Chyba czas pomyśleć o zakupie tutejszych  Lederhose… albo na następny festyn ubiorę się w jakiś  polski strój ludowy—krakowski żupan.

Kilka dni temu pojechałem do Lipska. Najpierw myślałem , że mam ich z głowy. Sam nie wiem , kto był bardziej zdeterminowany , żebym się tam pojawił. Czy sam szpital , czy firma headhunterska.  Skoro za upolowanie pielęgniarki szpitale płacą po 1000 Euro , to jaka musi być stawka za  znalezienie kogoś na stanowisko ordynatora?  Pojechałem bez skonkretyzowanych planów. Ot , jedno doświadczenie więcej.  Szpital na przedmieściach Lipska. Typowa poddrowska  zabudowa doprowadzona do  w miarę ludzkiego  wyglądu wysiłkiem kreatywnych architektów .  Dyrektor szpitala mógłby być moim synem. Może 30 letni chłopak pełniący dyrektorską funkcję od 6 tygodni. Rozmowa nie była zbytnio sformalizowana. On przedstawił mi skrótowo strukturę szpitala , ja opowiedziałem o sobie..i właściwie rozstaliśmy się bez jakichkolwiek konkretów.  Gdy wróciłem w moje bawarskie Alpy ucieszyłem się .  Widok tych gór jest dla mnie więcej wart niż te kilkanaście tysięcy euro rocznie więcej.  Byłem pewny , że temat mam z głowy. Kilka dni  później dostałem kontrakt i zaproszenie na kolejną tym razem konkretną rozmowę. Przeczytałem te kilkanaście stron kontraktu. To co mi proponowali to  dobrze płatne niewolnictwo. Cyrograf , sprzedaż duszy i ciała na potrzeby koncernu.

To nie dla mnie. Pokochałem te góry, przywiązałem się do tych specyficznych ale w sumie przyjaznych ludzi  o sumiastych wąsach,  niezrozumiałej wymowie i wesołym usposobieniu. Czas kupić Lederhose.

 

Tak rodził się faszyzm

jod11

Tu w Niemczech wszyscy przecierają oczy. Nikt nie przypuszczał , że niespełna 100 lat po dojściu Hitlera do władzy historia zacznie się powtarzać …w Polsce. Nie ma złudzeń . W Polsce odradza się faszyzm. Na razie w formie łagodnej perswazji, ale nikt nie wie co przyniesie przyszłość.  Mamy już swojego Goebbelsa, mamy Goeringa, mamy w końcu obłęd Hitlera. Mamy burzenie demokratycznego porządku w imię dobra narodu i dla dobra mas , mamy w końcu rasę niepożądaną zwaną lewakami ( cykliści , wegetarianie , homoseksualiści , wytatuowane małpy i wszyscy którzy nie są za nowym ładem).  Za chwilę będziemy mieć swoje ustawy Norymberskie, a może i noc kryształową.  I mamy te same argumenty . W końcu nic się nie dzieje. Gospodarka kwitnie, otwierają się nowe drogi, dobrostan wprost pęcznieje, ład podatkowy ..samo dobro. Tak samo 100 lat temu mówili Niemcy. Wtedy , gdy Hitler doszedł do władzy bezrobocie spadło , duma narodowa wzrosła , sądy zaczęły hurtowo skazywać ..lewaków..zaczęły powstawać autostrady, fajne szkoły dla młodzieży i nie było nikogo kto mógłby zatrzymać ten marsz ku wybuchowej przyszłości... a jaki był finał?

Herr Bock

jod11

Moje postanowienie dotrwania do lata i  rozkoszowania się krystaliczną tonią górskiego jeziora  przybrało kształt zupełnie realny. To tylko godzina jazdy rowerem. Kąpielisko oddalone od najbliższego parkingu ok. 3-4 km. Na samo miejsce dotrzeć można jedynie pieszo lub rowerem.  Pewnie dlatego mogłem cieszyć się intymnością samotnej kąpieli. Tak jak kiedyś w Górach Harzu. Tafla jeziora jak gigantyczna lustrzana powierzchnia z odbiciem skalistych wierzchołków. Cisza przerywana odgłosami zbliżającej się burzy.

I w ten sposób zacząłem swój letni urlop.   No nie do końca. Mam jeszcze dwa dni czasu by  podjąć decyzję.  Firma zaproponowała mi  Chefarzta w jednym ze swoich szpitali. Niestety nie w Alpach. Gdzieś koło Lipska.  Postanowiłem odmówić. Osiągnąłem taki stan dobrostanu materialno-psychicznego , że wolę nie ryzykować.  Utrata codziennego kontaktu z tutejszą przepiękną przyrodą nie jest dla mnie warta  podejmowania kolejnego życiowego wyzwania. Dużo tym górom zawdzięczam.  Nie tylko poprawę mojej kondycji fizycznej, ale też jakieś dziwne fluidy , które sprawiają , że stałem się mało wrażliwy na przytyki mojego szefa, na jego znerwicowanie i paniczne reakcje. Nierozsądnym byłoby opuścić miejsce , w którym póki co mi tak dobrze idzie. Sam siebie zaskakuję. Tak patrząc na ostatnie miesiące to trudno mi znaleźć porażki. A sukcesy? No, choćby Herr Bock.   Gdy zacząłem tu pracę już leżał na oddziale. I to był już jego 4y pobyt. Ciało naszpikowane protezami naczyniowymi. Co jaki czas któraś z nich się zamykała , albo ulegała zakażeniu. Każdy oddział , w każdym szpitalu ma takich pacjentów. Gdy pojawiają się na Izbie  Przyjęć to cały personel wziąłby chętnie urlop na żądanie.    Ok. 6o letni facet o wyglądzie filmowego pirata. Długie siwe , przerzedzone  włosy, poorana życiem twarz, niepełne uzębienie i całe ciało usiane mało profesjonalnymi  tatuażami. Do tego gdy dodamy wieloletni staż narkotyczny i kilkuletni pobyt w NRD więzieniu , ponoć z powodów politycznych, to mamy mniej więcej  całość obrazu.   Jego stan higieny uzależniony był  od  poziomu zaspokojenia  narkotycznych potrzeb. W dupie miał lekarskie zalecenia . Każda wszyta proteza naczyniowa , każdy kolejny bypass, każde kolejne udrożnienie przyjmował z wielką ulgą , nie dlatego , że ratowało się mu nogę przed obcięciem , ale że mógł z łatwością się szprycować  bez kłopotliwego szukania żyły.  Gdy tu przyszedłem właśnie mu obcięto lewą nogę. Obie pachwiny miał już wielokrotnie operowane . Grube jak ogórki przemieszczone płaty skórno mięśniowe świadczyły o olbrzymich problemach z gojeniem ran.  Wyszedł do domu z  obciętą lewą nogą.  Połączył nas półślepy los.  Jak się ma dyżury co drugi dzień , to trudno mówić o całkowicie ślepym losie.  Pojawił się z olbrzymim zakażonym tętniakiem  w prawej pachwinie. Kilkugodzinna operacja w nocy i walka o wygojenie rany przez kolejne miesiące.  Okresy psychicznych odlotów , pielęgniarki odchodzące od zmysłów,  pilnujące by idiota nie zaprószył ognia paląc papierochy w szpitalnym łóżku.  Niewiele mogliśmy mu zrobić bo facet ze swoja polityczną przeszłością miał poniekąd status VIPa.  Do tego wyjątkowo upierdliwy Betreuer. Po kolejnych tygodniach walki mogliśmy go z nieukrywaną ulgą wypisać życząc sobie i jemu „ niedozobacznie”.  Oczywiście wrócił. Tym razem zakażone było wszystko. Proteza aortalna  dwuudowa do wymiany.  Dlaczego się nie zdziwiłem ,że to ja miałem go operować? Usiadłem z nim i odchodząc od obowiązujących tu konwenansów przeprowadziłem najpierw rozmowę.

-Chce pan  żyć?- pytam

-Chcę.

- Szanse na przeżycie tak rozległej operacji ma pan 50%. Więc niech pan sobie pozałatwia co trzeba-mówię

Zaskoczyło mnie jego zdroworozsądkowe podejście.

-Miejsce na cmentarzu mam opłacone , pogrzeb zamówiony, testament spisany. Niech pan robi ze mną co chce, jestem przygotowany na wszystko

Ale w oczach zobaczyłem strach. Prawdziwy strach.

-Panie Bock – postaram się pana uratować ale robimy umowę. Jeśli pan przeżyje to prosto ze szpitala jedzie pan do kościoła

-Ale ja niewierzący jestem

-Mam to w dupie , jedzie pan do kościoła i koniec. Po drugie koniec z dragami. Jeśli pan przeżyje to będzie cud, i jakaś wdzięczność losowi się należy. A po trzecie ponieważ pasjonują mnie te czasy chętnie pooglądam pana  teczkę „Stasi”.

Operacja trwała 9 godzin.  Razem z Tomasem pobraliśmy mu żyły z obu rąk i ze szyi . Wypatroszyli cały  brzuch i pachwiny. Co się dało ze starych protez powyrzucali, a w to miejsce powszywaliśmy żyły.  Byłem niemal pewny ,że  nie dożyje następnego ranka. Ale przeżył.  Potem bez reinfekcji przeżył tydzień i miesiąc. Stał się zupełnie innym człowiekiem. Radosnym , przyjaznym , ostrzyżonym . I opowiedział mi swój życiorys.

Urodził się w patologicznej rodzinie. Trafił do sierocińca w zachodnich Niemczech. Ponieważ jego ojciec zamieszkał w NRD,  socjalizm się o niego upomniał.  Wysłany do NRD-owskiej rodziny zaczął się buntować i otwarcie krytykować socjalistyczne porządki. Prawdopodobnie były to czysto gówniarskie  wygłupy ale potem był poprawczak i cała więzienna izolacja od zdrowej socjalistycznej materii.

Odwiedza mnie co jakiś czas w szpitalu. Wybieramy się razem na koncert Rolling Stonesów we wrześniu w Monachium. Wszyscy się śmieją  , że jak wrócę do Polski to  pojedzie za mną.

 

A w sercu maj.

jod11

Niemiecki majowy weekend nie jest tak długi jak ten polski, ale jak z takimi weekendami  bywa wszystkie mijają szybko. Zwłaszcza tutaj , gdy widoki za oknem zachęcają do wypadów w plener.  W piątek i sobotę poprowadziłem kurs ultrasonografii dla lekarzy z Niemiec , Austrii i Szwajcarii, To były ich pierwsze kroki w ultrasonografii.  Tak jak kiedyś mnie uczyła pewna przesympatyczna dr w Krakowie.  Po raz kolejny w mym życiu czułem tę radość , wdzięczność i szacunek jaki do niej mam. Tak jak ona kiedyś prowadziłem, ich ręce manewrując głowicą ultrasonografu, identyfikowaliśmy struktury anatomiczne..i  miałem niesamowitą satysfakcję. Jakby los  zaczął spłacać  jakiś dług za lata upokorzeń Polsce , gdy tzw. Koledzy po fachu chowali głowice w szafie ,  pisali donosy, albo wieszli ulotki na drzewach przed moim gabinetem.

W niedzielę razem z Benedekiem pojechaliśmy na lodowiec  , na narty. Wmieszaliśmy się w tłum zwabiony bezchmurnym niebem i ostatnią szansą szusowania przed letargiem wyciągów na  letnie miesiące. I są takie chwile , że jak w Kabarecie Starszych Panów człowiek sobie uświadamia , że choć w sercu maj to czas robi swoje. Na szczęście nie dotyczy to kondycji i sprawności narciarskich.  Spotkałem grupę Polaków ze Śląska. Gadu , gadu i nagle jeden , patrząc na Benedeka wypalił

- a co? Synek nie mówi po polsku.

Julek i Benedek

jod11

Benedek dołączył do nas miesiąc  temu. Ale w  tutejszym szpitalu pracuje już dwa lata. Robił staże na urazówce i anestezjologii. Przesympatyczny pracowity blondas o flegmatycznym spokoju , nieskazitelnej uczciwości. Drugim asystentem został Julek. Etat ma w szpitalu urazowym , w którym miałem kiedyś  przyjemność operować aortę. Przyszedł do nas na półroczny staż. Pasują do siebie z Benedekiem idealnie , jak bracia. Mając ich dwóch jestem spokojny o oddziałowe zlecenia , badania , opatrunki.  Zgadzam się w 100 procentach z szefem , który z założenia nie przyjmuje doktorów bliskowschodniego pochodzenia o rozciapowatej wymowie . Gdy przypomnę sobie tych z Niedersachsen ,bezczelnych , bezdusznych olewajców, to Benedek z Julkiem są balsamicznie kojący. Może to błąd z mojej strony , ale  traktuję ich po przyjacielsku.  Bez „ panowowania”, razem chodzimy na obiady , omawiamy pacjentów . Ja uczę ich , oni czasem mnie. Laura , która zostawiła nasz oddział i przeszła na urazówkę ,też czasem wpada do ich dyżurki i wtedy robi się całkiem wesoło.

Z wariatem nie wygrasz.

jod11

Prologiem nadchodzącego , śnieżnego niżu było gwałtowne zaostrzenie stanów emocjonalnych . Spokój świątecznego dyżuru  zakończył się o drugiej w nocy.  W oddziale psychiatrycznym, znajdującego się kilka km dalej szpitala, jakiś młody człowiek po raz kolejny podjął próbę  samobójczą. Swobodny lot z 5 ego piętra nie był na tyle skuteczny by go od razu zabić. Telefon o drugiej w  nocy . Powracająca z zaświatów świadomość potrzebuje kilku minut by się zlokalizować w  czasie i przestrzeni.  Nie do końca pewny czy to co usłyszał w słuchawce to był koszmarny sen czy jawa. przemywam szybko twarz wodą i pędzę do szpitala klnąc pod nosem

-Ja Pier…ę, to już  nie mogłeś cholera się skutecznie załatwić? Co za ludzie, w dupie mam tę robotę. Jakie pieniądze są warte takiej szarpaniny? Niemal cała ludzkość śpi a ty człowieku zapierdalaj , bo jakiś popieprzony wariat postanowił o tak parszywej godzinie ze sobą skończyć.

W szpitalu  wokół nieprzytomnego gościa uwijał się już sztab ludzi. Pogruchotana miednica , pęknięta wątroba , złamana podstawa czaszki..i uszkodzona aorta piersiowa. Pozakładane dreny do niemal wszystkich możliwych jam . Ciało pokryte bliznami po wcześniejszych , amatorskich próbach  unicestwienia swego bytu.

Zająłem się pękniętą  aortą , urazowcy miednicą a gdzieś w Monachium zbierał się zespół neurochirurgów.  Operacja nie trwała długo. Kilka minut po rozprężeniu stentgraftu w aorcie  ,  stanęło serce, a krótka akcja reanimacyjna była z założenia nieskuteczna.

Z nieukrywaną ulgą rozchodziliśmy się w ciszy , mając nadzieję na jeszcze odrobinę snu.

Wszyscy myśleliśmy to samo

-Chciałeś ,to masz

Rodzina denata  nie rozpaczała. Prokurator odstąpił od dochodzenia, obdukcja miała charakter rutynowy. Upiekło się psychiatrom. Ponoć ktoś gdzieś nie zamknął jakiś drzwi , taki niefortunny zbieg okoliczności. Trudno kogokolwiek oskarżać ….syzyfowa robota.

Niż objął swoim zasięgiem całą Europę środkową i wschodnią. Jakaś sfrustrowana czytelniczka tego bloga zaatakowała mnie mailowo. Doczytała się autopsyjnych historii i oskarżyła o zdradę tajemnicy lekarskiej.  Stwierdziłem , że lepiej będzie na jakiś czas  ograniczyć dostęp, niż odpisywać na idiotyczne oskarżenia . Z wariatem nie wygrasz. Desipere est iurist gentium.

-

Spokojne Święta

jod11

W czwartek milionerska rodzina zaprosiła mnie na kolację. Mam wrażenie ,że darzymy się wzajemną sympatią. Rezonujemy. Godzinami możemy gadać o polityce, sztuce , muzyce. Oni wprowadzają mnie w świat tutejszych elit, ja opowiadam im o Polsce i uświadamiam zdrowotnie. Plotkowaliśmy o Lewandowskim. Nie mieli pojęcia , że zostanie ojcem , że jego Ania jest mistrzynią karate. Oni zaś obiecali poznać mnie ze swoim przyjacielem. Ma tu niedaleko posiadłość, naczelny lekarz Bayern Monachium. Gdyby porównywać do krakowskich realiów , to dzielnica , w której mieszkam to taka Wola Justowska. Gdy z okien szpitalnych pokazuję wysoko w górze dom , w którym mieszkam wszyscy rozdziawiają gęby i zastanawiają się skąd mam na to kasę. A wystarczy czasem być tylko miłym i zrobić dobre wrażenia. Miałem szczęście. Potrzebowali nie tylko lokatora ale też kogoś kto zajmie się ogrodem i będzie miał baczenie na całość posiadłości. Na drugi dzień wyjechali do swojej winnicy pod Mannheim. A na winie to oni się znają. Piją go degustacyjnie , dyskretnie siorbiąc. Staram się ich naśladować ukrywając swoje dyletanctwo w tym temacie. Nie to żebym nie umiał smakowo rozróżnić sikacza od szlachetnego trunku, ale te wszystkie nazwy Chateaubriand i inne kompletnie mi nic nie mówią. I zostałem zupełnie sam Po śmierci sąsiada z mieszkania na dole rodzina uprowadziła schorowaną , pokrzywioną jak paragraf staruszkę. A mieszkanie czeka na ewentualnych nowych lokatorów. Namawiam Bencze , żeby się przeniósł.  I tak sobie spędzam samotnie te Święta . Czytam , przycinam moje bonsaie , w nocy po raz pierwszy w życiu poszedłem na rezurekcję, odwiedzam pacjentów w szpitalu, dzwonię po rodzinie , bliższych i dalszych znajomych. Czatuję , fecebookuję i …cholera jakoś nie tęsknię.

Ludzki wymiar

jod11

W Niedzielę Palmową wybrałem się do kościoła. Proboszczem w tutejszej parafii jest Czech, profesor…fizyki. Były naukowiec  Instytutu Max- Plancka w Monachium.  Niemiecki Kościół już dawno zrozumiał , że strasząc piekłem i siejąc na ludzi grzmotami nie zjedna sobie wiernych. Że nie strachem a rozumem, nie gniewem a uśmiechem  i wyjściem do zwykłych ludzi może zdobyć wiernych i przetrwać w coraz bardziej  zislamizowanych Niemczech. Kościół wypełnił się tutejszymi bauerami odzianymi w tradycyjne wełniane, bladozielone  marynarki o charakterystycznym , niepowtarzalnym kroju. Kobiety w rozdekoltowanych  biało czerwonych sukienkach przyozdobionych bukietami polnych kwiatów, z uwieszonymi na szyjach sercokształtnymi  medalionami. Zaraz po rozpoczęciu mszy otworzyły się cicho drzwi  i do kościoła weszła grupa czterech młodzieńców o bliskowschodnim wyglądzie.  Ubrani w T-shirty i baseballowe kurtki  od razu kontrastowali się od reszty . Pierwsze co pomyślałem to słowo bomba. Usiedli tuż za mną, w ostatniej ławce i…zatopili się w modlitwie. Na znak pokoju podaliśmy sobie ręce. Gdy  wszyscy zaczęli ustawiać się do komuni dwóch z nich wstało i zaczęli gorączkowo dyskutować w niezrozumiałym języku.  Jakby zastanawiali się na głos  iść czy nie iść, mogą czy nie mogą. Nie poszli.

Mszę zakończyło odśpiewanie i gitarowe odegranie przez  księdza Helleluja i......omówienie wyników sobotniego meczu Bayernu.

Jakiś ludzki wymiar ma to wszystko. Atmosfera  tolerancji i pozbawionego lęku spokoju. Inaczej niż w mojej rodzinnej polskiej parafii…gdzie proboszcz publicznie pokajał się za chciwość. I trudno powiedzieć czy zrobił to szczerze , czy tylko dlatego , że ludzie na złość jego samowładnym decyzjom przestali dawać.

Spartan Race

jod11

Ostatnie plamy śniegu znikają na zboczach . Pożera je zieleń łąk obsianych krokusami. Ale wysoko, skaliste zbocza są wciąż białe. I gdzieś tam można super szusować na nartach. Jak co roku dopadł mnie wiosenny zew natury. Niepohamowana potrzeba ponadnormatywnego wysiłku, wypalenia starej zimowej adrenaliny i zrobienia miejsca dla nowej, serotoninowo wiosennej. Dodatkowo stymulowały mnie informacje z kraju. I te polityczne i te osobiste . Prognoza pogody była wymarzona. Bezsenną noc nie było sensu przedłużać. O czwartej , w ciemnościach wyruszyłem rowerem w kierunku Monachium. Ponad sto kilometrów. Nie doceniłem nocnej temperatury i zanim dotarłem do podnóża góry na ,której mieszkam byłem przemarznięty. Nie na tyle by ponownie wspinać się trzy kilometry po dodatkową odzież. Pucowaty , alpejski księżyc odbijał się w górskich strumieniach tak jakby ktoś go posiekał i zamienił w stado ruchliwych, błyszczących motyli. Gdy wzeszło słońce strzeliste szczyty Alp były już ledwo widoczne za moimi plecami. Gęsta mgła otuliła łąki , a dachy pasterskich szałasów wyglądały niczym wywrócone do góry dnem łodzie. Dopiero koło 9 ej zrobiło się cieplej. Dojechałem do Monachium .Przejechałem całe miasto by dostać się do Olimpiapark. Umówiłem się tam z Laurą i jej przyjacielem Filipem. To Laura namówiła mnie byśmy wystartowali w Spartan Race. Filip pilnował mojego roweru i naszych klamotów , a ja i Laura ruszyliśmy na trasę 13 km toru przeszkód. Super impreza. Jakże inaczej znosi się wysiłek , gdy wokół są przyjazne twarze. Staraliśmy się z Laurą trzymać blisko. Ona weteranka biegów maratońskich . Ja w takiej masowej imprezie wystartowałem po raz pierwszy . Współpraca idealna. Ona mobilizowała mnie do biegowego tempa , ja pomagałem jej dostać się na drewniane płoty. Biedna ze swoim niewielkim wzrostem nawet podskakując nie sięgała do ich krawędzi. Jako strażak ochotnik świetnie sobie dawała radę wspinając się po drabinach na wysokość trzeciego piętra. A potem przez strumień niosłem ją na barana. A potem był most linowy , i wspinaczka , i znowu jakieś płoty. A co parę km DJ i kto chciał, kogo nie ponosiły ambicje by uzyskać najlepszy czas mógł się zatrzymać i potańczyć albo powyginać w rytm muzyki. Po prostu totalna frajda. Nieważne jakie mieliśmy czasy. Ważne , że cieszyliśmy się jak dzieci, że dostaliśmy pamiątkowe solidne stalowe medale z wyrytą maską spartańskiego wojownika , i że zostały nam wspomnienia i chęć na więcej wspólnych biegów. Biedny Filip zazdrośnie patrzył na naszą radość. Inżynier technologii kosmicznych. W pewnym momencie gdy odbierałem od niego rower szepnąłem mu uspokajająco do ucha

-masz świetną dziewczynę. Nie strać jej.

Laura i Filip pojechali gdzieś do znajomych , a ja ruszyłem spowrotem. Sił starczyło mi jeszcze na jakieś 50 km. Dojechałem do Starnberg, wyłożyłem się na brzegu jeziora i po wypiciu jednego Radlera zasnąłem. Do mojej alpejskiej wioski wróciłem wieczorem , pociągiem. Miałem jeszcze na tyle siły by wypedałować na szczyt mojej góry. i to nie jest jeszcze szczyt ….mojej formy-mam nadzieję.

A do Medyka Helweckiego-a zesz dzwon.

Polidaktyl.

jod11

Przez ostatnie dni nudziłem się , że aż miło. Staram się nie doszukiwać przyczyny tego , że w oddziałowym kalendarzu do planowej operacji rozpisany jestem już po świętach. Z jednej strony takie długie odstawki operacyjne nie są dla chirurga komfortowe, z drugiej taka przerwa w stresie jest kojąca . Choć spokój to może być pozorny. Przede mną  dyżurowe święta . Od Karfreitag aż do poświątecznego wtorku muszę mieć oddział na oku. A zaczęło się zwożenie wraków, nikomu niepotrzebnych starców zalegających w okolicznych pflegeheimach. Jednego nie zapomnę chyba do końca życia. Tak zaniedbanych stóp nie spotkałem nigdy. Nie chodzi o owrzodziałe rany, których widziałem tysiące , ale o zwykłe higieniczne niechlujstwo. Stopy pokryte 5 mm warstwą czarnego czegoś co konsystencją przypominało starą , wyschniętą makową masę. Grube pazury wyrastające z dużych palców miały długość około 10 cm. Wymodelowały się w dawno nieściąganym obuwiu tak , że kształtem przypominały łuki triumfalne. Lobowały nad 2im i 3cim palcem , by wbić się w w przedostatnie palce stóp. Zrosły się z kością paliczkową prowadząc do jej rozczłonkowania co skutkowało nabytą formą polidaktylii. Jako przerywnik w nudzie zabawiłem się w fusspflegera i doprowadziłem mu te stopy do „wmiaręporządku"

Być naj....

jod11

Codziennie wstając o 6 ej patrzę na pejzaż majestatycznych szczytów. Jakby czas stanął w miejscu . Przez tę chwilę wszystko staje się nieważne i dalekie. Rodzinne problemy , pacjenci z obumierającymi kończynami,  małe i wielkie ambicje. Skaliste wierzchołki-pomalowane na czerwono pędzlem wschodzącego słońca  widziane jak przez szybę bez skazy. Wszystko minie , a one będą tam zawsze .

Przestałem kłócić się z losem. Po prostu robię swoje nie zważając na okoliczności. Pracuję z poczuciem wolności i akceptacji. Akceptacji  zdemenciałych starców, zestresowanego szefa , wszystkich powodzeń i niepowodzeń operacyjnej codzienności. Już pół roku . Okres próbny minął.  I wygląda na to , że zależy im na moim pozostaniu

-Jod, kupiłbyś tu jakiś dom albo chociaż mieszkanie- bylibyśmy pewni , że nie uciekniesz- usłyszałem ostatnio.

Póki co chcę być wolny , bez kredytowych kajdan. Codziennie wspinam się po pracy rowerem na moją górę.  Parę dni temu mignął  obok mnie jakiś kolaż na szosówce. Zacząłem się z nim ścigać. Nie miałem szans. On na profesjonalnym sprzęcie ubrany w obcisły trykot , ja po cywilnemu- w dżinsach i z sakwami pełnymi zakupów.  Takie chwile uczą akceptacji,  że nie zawsze trzeba być naj…

Przykazanie

jod11

Na 15u obecnych na oddziale pacjentów nie operowałem tylko …dwóch. Czuję się trochę….wykorzystany. Kumulacja stresu sprawiła , że dopadła mnie płucna infekcja. Z dnia na dzień moje ciało odmówiło posłuszeństwa i wyjazd rowerem na górę , na której stoi mój biały domek zrobił się niewykonalny. Musiałem iść na piechotę..a i chwile odpoczynku były konieczne. Nie pamiętam kiedy wcześniej brałem antybiotyk. Czułem , że padam.

Musiało minąć prawie pół roku wzajemnego dzielenia losu , żeby Bencze puścił farbę. Od początku trochę mnie dziwiło , że tak dobrze się zna z niektórymi tutejszymi doktorami i pielęgniarkami. Zawsze gadał coś wymijająco , w końcu powiedział prawdę. On w tym szpitalu już pracował. Krótko bo krótko , ale kilka lat temu zatrudnił się na chirurgii ogólnej. Wtedy jeszcze naczyniówka była jedynie pododdziałem , a obecny mój szef nielubianym , skonfliktowanym z chirurgami ogólnymi oberarztem. Nikt z nim nie chciał pracować , generalnie groziła mu wylotka , ale pojawił się Dr Thomas, który mu pomógł i wtedy razem stworzyli ten oddział. Nie pisałem o nim dotychczas. Razem jesteśmy Ltd Ober , ale to on z szefem jest po imieniu , to on się z nim nieoficjalnie spotyka i razem gdzieś pokątnie ustalają strategie. Niepytany przestałem się odzywać. Robię swoje i czekam na koniec okresu próbnego . A gdyby chcieli mnie coś , kiedyś wykiwać to mam już parę asów i jednego Jokera w rękawie. Nie poddam się łatwo. Dobrze mi tu płacą, góry się mi podobają , a z resztą sobie powoli poradzę. Jedno sobie postanowiłem ..to będzie mój ostatni szef w życiu. Może z szefami , jest jak z kobietami. Trzeba mieć do nich szczęście. Jak z miłością..prawdziwa może być tylko jedna. Ta moja jedyna szefoska miłość miała kilka dni temu urodziny. To mój pierwszy niemiecki szef. Stara szkoła prof. Vollmara… Nie pamiętam dat urodzin moich rodziców , ani mojej siostry, ale o urodzinach tego faceta pamiętam. Łączy nas męska , chirurgiczna przyjaźń i moja wdzięczność. Gdy patrzę jak kiepsko operuje mój obecny szef, gdy patrzę na popełniane przez niego błędy zawsze przypominają się mi przestrogi tamtego , tego dobrego szefa. Kiedyś powiedział -gdy zamykasz ranę na szyji nigdy nie zszywaj mięśnia mostkowo-obojczykowego, zostaw go luzem. Nie pytałem dlaczego. Minęło 13 lat ..i już wiem dlaczego. Mój obecny szef szyje mięsień. Zdziwiło mnie to, ale nie jestem tu po to żeby go pouczać. Po jednej z takich operacji tętnicy szyjnej wołają mnie na intensywną . Że niby pacjentka ma krwawić. Rana czysta, zero śladu jakiegokolwiek krwiaka w ranie. Po dwóch godzinach wołają mnie ponownie. Dalej to samo. Po kolejnych kilku pacjentka zaczęła się dusić..robię USG i zbladłem ..krwiak był ..ale pod zeszytym mięśniem..ledwo ją uratowaliśmy. I właśnie dlatego nie wolno szyć mięśnia ..żeby krwiak rozpychał się pod skórę , a nie do środka..jedyny znany mi chirurg naczyniowy , który zszywa mięsień. Tym bardziej drażni mnie jego pewność siebie . Będąc to przez pół roku nie widziałem w jego wykonaniu ani jednej wzorcowo przeprowadzonej operacji naczyniowej , wliczając w to żylaki. Z drugiej strony przekonał się , że warto liczyć się z moim zdaniem, choć nie potrafi ukryć , że jest to torturą dla jego szefoskich ambicji i coraz częściej stara się mi udowodnić , kto tu rządzi. Strategię mam taką. Nie pytany nie gadam. Pytany mówię to co myślę w dobrze pojętym interesie pacjenta..a niekoniecznie finansowym szpitala. Problem zaczyna się , gdy mamy odmienne zdanie co do postępowania, a on rozpisuje mnie jako operatora. I tu zaczyna się sztuka dyplomacji. Właśnie leży taki pacjent. Chory z wieloletnia niewydolnością nerek dializowany. Przysłany został do nas miesiąc temu z ponoć wykrzepniętą przetoką dializacyjną. Przetoka była drożna , ale pozwężana. Próba jej wewnątrznaczyniowego poszerzenia dała mierny skutek i konieczna była operacja. I do tego momentu byliśmy z moim obecnym szefem zgodni. Gdy zobaczyłem rozpis operacyjny czar zniknął. Jeden pacjent ..i trzy operacje na raz. Rekonstrukcja przetoki , przęsło udowo podkolanowe i amputacja palucha z powodu owrzodzenia. I wszystko to jedynie na podstawie samego USG. Ponieważ resztki zaufania do jego kwalifikacji już dawno wyparowały z mojej głowy zleciłem CT Angio. Trudno , wiem że ryzykuję faszerując go kontrastem , ale ..opłacało się. Pacjent ma tzw. Calciphylacsię. Jego wszystkie , dokładnie wszystkie naczynia , włącznie ze skórnymi zamieniły się w sztywne , zwapniałe rury. Wszystkie są podobne do kruchych szklanych rurek. Wejście operacyjne w coś takiego to katastrofa. Poszedłem do szefa i pokazuję mu tomograf. Już sam fakt , że zwątpiłem w jego badanie USG był urazą. Oczywiście, żadna argumentacja nie docierała. Bypass ma być i koniec , bez dyskusji. -Nie ma sprawy, ale jeśli okaże się , że naczynia są nieoperacyjne to zdzwonię po Pana i Pan będzie kończył operację. Przyszedł czas na tajne negocjacje..jak na prawdziwej wojnie. Kilkanaście minut później chory został zdyskwalifikowany od operacji przęsła udowo podkolanowego przez..anestezjologów. Zrobiłem mu nową przetokę dializacyjną w znieczuleniu miejscowym. Już to był wyczyn. Udało się jedynie dzięki temu , że jakaś litościwa instrumentariuszka wygrzebała dla mnie gdzieś z czeluści ostatnie opakowanie szwów 7-0 ze specjalnymi tytanowymi igłami. Żeby wykonać 1 cm zespolenie zużyłem ich 4-y. Po trzech wkłuciach igła wyglądała jak gwóźdź , przy czym łebek był tam gdzie powinien być szpic. Amputowałem , też palca..a rana się goi bez problemów. Przeraża mnie tylko szef

-tego bypassu i tak Ci nie odpuszczę- powiedział.

Tu się zgina dziób pingwina. Dziś na wizycie pacjent pokazał mi wypis z Uni Klinik Monachium z grudnia u.r.- zdyskwalifikowany od rekonstrukcji tętnic w nodze.

A mój Joker? Na początku lutego poszedłem na urlop. Gdy wróciłem na intensywnej leżała pacjentka z ..martwą stopą. Pierwszy raz operowałem ją w listopadzie u.r. Poszła wtedy zadowolona do domu. Teraz patrzyłem z przerażeniem. Pacjentka kilka dni wcześniej została znaleziona nieprzytomna . Doznała udaru mózgu. Dopiero po 2-3 dniach , odwodniona została znaleziona przez krewnych. Trafiła na neurologię , a tam po kolejnych 2óch dniach zorientowali się , że z ukrwieniem nogi jest coś nie tak. Do nas trafiła na OIOM. I tak od tygodnia leżała. W międzyczasie Dr Thomas zrobił jej jakąś minifasciotomię podudzia. Dla mnie już na pierwszy rzut oka sprawa dosłownie i w przenośni była śmierdząca..ale niepytany milczałem. Kiwałem zgadzając się ze wszystkim z szefem. Do dnia gdy zapadła decyzja o amputacji. Biedna Laura zadzwoniła do mnie

-szef rozpisał mnie jako operatora do amputacji . Ty mi asystujesz..a ja nie mam kompletnie pojęcia , w którym miejscu amputować.

-Dobra Laura, idziemy do pacjentki, zrobimy jej Dopplera , popatrzmy co się tam naprawdę dzieje.

Po kilku minutach już wiedziałam. Ostra zakrzepica tętnicza. Chora powinna być operowana już kilka dni temu, i jako pierwsza wcale nie amputacja ale normalna thrombektomia. Zadzwoniłem do szefa. I znów boleśnie ugodziłem w jego szefoskie ambicje. Chciał , nie chciał musiał się ze mną zgodzić. Po południu przyszedł do mnie Bencze..

-Ale dostaliśmy przez ciebie do wiwatu. Szef nas opierdolił , że przez tydzień chodzimy wokół pacjentki i nikt zwykłego Dopplera nie zrobił. Ale ON też w końcu codziennie ją oglądał. Więc najpierw powinien się na siebie powkurwiać.

Bo najważniejsze przykazanie jest takie. Jeśli jesteś szefem nigdy nie wymagaj od innych więcej niż od siebie, inaczej zapomnij o szacunku.

Ferie

jod11

Rzadko mam okazje być sam na sam z moim już nastoletnim synem.  Przyjechał do mnie na tydzień. Pamiętam nasz pierwszy zjazd na nartach . Miał wtedy  chyba 5, może 6 lat.  Zapakowałem go w uprząż, założyłem lejce, pożyczyłem narty  i  nie patrząc na protesty  reszty rodziny wywiozłem wyciągiem na  jeden z beskidzkich szczytów. Oboje do dziś pamiętamy tę jazdę.  Trząsł się jak osika. Po przejechaniu około 200 metrów stanął , rozpłakał się i powiedział , że dalej nie jedzie.  Żadne prośby i zachęty  nie odniosły skutku. Zwiozłem go na rękach i bałem się ,że  mały zraził się do nart na zawsze. Tym bardziej , że reszta rodziny oceniła mój wyczyn jako wariactwo i daleka była od motywowania go . Dwa lata później pojechaliśmy do Włoch i zapisałem go na tydzień do szkółki, Trzeciego dnia już mogliśmy zacząć robić wypady razem. 

Narty stały się swego rodzaju enklawą . Nikt nam nie przeszkadza, nikt nie wtrąca się między nas. Jadąc na wyciągach czy w gondolach rozmawiamy o wszystkim bez cenzury , bez zazdrośnie  nasłuchującej mamy.

A mój syn jeździ coraz lepiej i pewnie. Nie boi się i pokochał to białe szaleństwo.  Na jeden dzień wkręciłem go na trening  do grupy tutejszych dzieciaków, z których część ma w przyszłości trafić do niemieckiej kadry. Na  testowej trasie slalomowej , z prawdziwym komputerowym starterem i fotokomórką mierzącą czas przejazdu, był o prawie 2 sek lepszy niż ja.

A jak nie było narciarskiej pogody jechaliśmy do Monachium. Do muzeum techniki.

-Zostań ze mną . Zapiszę cię do klubu narciarskiego, będzie nam dobrze razem.

-Narty są fajne , ale wolę się uczyć, tato.

Jestem dumny z mojego syna

© Medykoemigrant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci